Amanda

0
3155
Jan Vermeer, Alegoria malarstwa (fragment)

Nie lubiłam tej kobiety. Natrętni ludzie nigdy mi jakoś nie pasowali: są równocześnie ślepo zadufani w sobie, śliscy i nieszczerzy, i w ogóle skrajnie męczący. Chociaż Veiko zdawał się uważać inaczej.

– Co powiecie na kolacyjkę u nas? – zaproponował, kiedy nowi sąsiedzi zatrzymali nas obok sklepu, żeby się przedstawić. – Fajnie byłoby się bliżej poznać.

Tamci natychmiast się zgodzili i zaraz też wyznaczyliśmy dzień i godzinę spotkania, a Veiko zapytał, czy przypadkiem któreś z nich nie jest wegetarianinem, żebyśmy mogli wziąć to pod uwagę przy ustalaniu menu. Harri z kolei wybadał nasze preferencje co do wina, chcąc się zorientować, co zabrać ze sobą w gościnę. Nie powiedziałam, że w ogóle nie piję alkoholu, może tylko kieliszeczek szampana z jakiejś szczególnej okazji, do której spotkanie z nowymi sąsiadami zdecydowanie się nie zalicza. Milczałam i uśmiechałam się uprzejmie – to akurat potrafię.

Amanda i Harri wprowadzili się do domu obok jakiś tydzień wcześniej, ale nie zdążyliśmy się bliżej poznać. Miałam cichą nadzieję, że tak już zostanie, bo szczerze mówiąc nie tęskniłam za kolejnymi wielbicielami talentu Veika, którzy zlecą się jak muchy do miodu i, trzepocząc nerwowo skrzydłami, zmącą naszą spokojną, domową atmosferę. Teraz trzeba było jednak pogodzić się z wizytą, ponieważ Veiko sam tego chciał.

Przyszli o uzgodnionej porze, przynosząc uzgodnione wino, a także nieuzgodniona tarta cebulowa. Gdyby Amanda wiedziała, jak bardzo Veiko brzydzi się cebulą, to na pewno upiekłaby coś innego, bo ewidentnie chciała zyskać jego sympatię. I, niezależnie od podarunku, zyskała ją, co też nietrudno było dostrzec. Już po deserze Veiko poprosił ich do pracowni, która również znajduje się na parterze, tuż obok pokoju gościnnego. Veiko bynajmniej nie pokazuje swoich prac wszystkim zainteresowanym, a już szczególnie nie bezpośrednio po poczęstunku, tak więc miałam złe przeczucia. I nie bez powodu, gdyż stojąca pośród obrazów Veika Amanda pokazała się z najniebezpieczniejszej strony.

Potrafiła okazać swoje zainteresowanie akurat w taki sposób, który podobał się Veikowi. Niczym znawczyni sztuki chwaliła koloryt i kompozycję malowideł, doszukiwała się znaczenia tytułów i rozgryzała przedstawione na płótnach niewyraziste zlepki. Szeroko otwartymi brązowymi oczami oglądała każdą pracę długo i w skupieniu, zaglądała nawet na tylną stronę obrazów, ponieważ podobno jest to coś, czego w zwykłej hali wystawowej robić nie można. Zadawała setki pytań i kazała sobie dokładnie pokazywać, którymi narzędziami Veiko osiąga taką czy inną teksturę, dotykała szpachelek i wałków, wznosiła ochy i achy, mówiła o refleksach światła i przezroczystości.

Amanda miała niski głos mruczącego kota. Może był taki z powodu papierosów, bo je paliła i to też podobało się Veikowi, który sam palił fajkę. Dobrze wiem, jak Veiko lubi przyglądać się kobietom, które z papierosem w pełnych wdzięku palcach zwijają elegancko usta w trąbkę, kierując aksamitne spojrzenie w dal, a Amanda należała właśnie do takich egzemplarzy. Podobnie jak kółka dymu papierosowego spomiędzy jej ledwie uchylonych ust, tak i jej słowa sączyły się lekko i swobodnie. Roznosiły się po pracowni i spowijały pomieszczenie amandową mgiełką, dopóki całe studio nie wypełniło się wyłącznie Amandą.

Veiko słuchał z wdzięcznym uśmiechem na twarzy, gdy tak gładko mówiła, odpowiadał na wszystkie pytania rzeczowo i zarazem dowcipnie, opowiedział nawet jedną anegdotę. Z kolei Amanda śmiała się z każdego dowcipu Veika cichym, gardłowym głosem, dziwiła się w miejscu, gdzie należało się zdziwić, rozumiała to, co trzeba było zrozumieć.

– Chciałabym być muchą w twojej pracowni – powiedziała do Veika. – I po cichu obserwować, jak powstają te wszystkie cudowne dzieła.

Na to Veiko uśmiechnął się jeszcze szerzej, wręcz się rozanielił i podszedł do szafy ściennej, żeby pokazać Amandzie teczkę z rysunkami z młodości. Tego było już za wiele.

W nocy, która nastąpiła po owym wieczorze, nie mogłam zasnąć. Za oknem hulał wiatr i deszcz zacinał w okno. Taka sama burza szalała we mnie – złość tłukła się o żebra, gniew ściskał za gardło. Nadal brzmiało mi w uszach mruczenie Amandy: być muchą w twojej pracowni, muchą w twojej pracowni, prrracowwni.

Zwykle bardzo lubię ludzi, ale takich agresywnych manipulatorów jak Amanda nie mogę znieść. Z miłą chęcią zdystansowałabym się od własnego negatywizmu, była, że tak powiem, ponad to, i powiedziała sobie, że właściwie Amanda nie zasługuje na moją uwagę, skoro jest tak mało ważna, jednak sen wciąż nie chciał nadejść. Przewracałam się z boku na bok i nasłuchiwałam, jak konary kasztanu na dworze drapią o dach. Jeśli teraz w okolicy miałoby się złamać jakieś drzewo, to miejmy nadzieję, że w ogrodzie sąsiadów. Mają ładny gęsty krzew bzu, nawałnica mogłaby go nieco potargać. To nie tak, że życzę sąsiadom źle, po prostu życie bywa czasami trochę niesprawiedliwe i podle obchodzi się z ludźmi. I z ich krzakami bzu. Szarpie je i rwie, wyrywa z korzeniami. Rozmyślanie o powalonych bzach nieco mnie uspokoiło i nad ranem udało mi się wreszcie zasnąć.

Muchę spostrzegłam zaledwie parę dni później. W pracowni. Na ścianie. Veiko pojechał do miasta i ja, korzystając z okazji, udałam się do atelier, żeby trochę poodkurzać. Prawdę mówiąc, Veiko podczas swojej nieobecności nie pozwala mi tam przebywać, a tym bardziej sprzątać, ale przecież ktoś musi to robić, gdyż on sam skupia uwagę tylko i wyłącznie na tym, co się dzieje na płótnie, prawie nigdy zaś na otaczającym go chaosie. Czyszczę jego rzeczy zawsze, gdy jest dłużej poza domem, tak było też i tym razem.

Nie dotykając przedmiotów, delikatnie przetarłam szczotką do kurzu wszystkie powierzchnie, ominęłam jedynie płótno stojące na sztaludze i paletę farb.

Kiedy natknęłam się na muchę, aż się wystraszyłam. Siedziała sobie na ścianie spokojna i pewna siebie, a mnie od razu przypomniały się słowa Amandy. Oto więc i ona. Patrzyłam na nią i mucha też patrzyła na mnie. Słyszałam, że muchy mają takie oczy, których pole widzenia obejmuje obszar 360 stopni, a więc mucha nie tylko widziała mnie, ale i całą pracownię: fotel ze zniszczoną tapicerką, na którym zwykł odpoczywać Veiko o nieobecnym wzroku i myślami wciąż w pracy, stojącą w kącie składaną drabinę aluminiową, na której najwyższym stopniu był nieumyty kubek do kawy, niedokończony obraz na środku pomieszczenia i już gotowe dzieła pod ścianą, parapet pełen rozmaitych rupieci. Widziała butelki z rozpuszczalnikiem i farby w tubkach, szpachelki, wałki i pędzle, rolki taśmy klejącej oraz stare T-shirty pocięte na kawałki, które Veiko używa do czyszczenia pędzli. Widziała okno i żaluzje, dzięki którym można regulować ilość i kierunek wpadającego światła. I musiała oczywiście widzieć też tańczące w świetle kłębki kurzu, ponieważ teraz żaluzje były zwinięte, a całe pomieszczenie wypełnione słońcem.

To był świat Veika, jego własny prywatny świat, do którego nawet ja, żona Veika, nie mam wstępu, a tu mucha pochłania żarłocznym wzrokiem to wszystko z arogancką swobodą, jakby pracownia była jej własnością.

Obserwowałam muchę wnikliwie i wydała mi się bardzo podobna do naszej nowej sąsiadki, szczególnie te jej brązowe oczy, które były szeroko otwarte i nieco wyłupiaste, tak jak u Amandy. Cicho przysunęłam się bliżej i powąchałam ją. Nie pomyliłam się: śmierdziała papierosami. Mucha na ścianie uśmiechała się trochę szyderczo, dokładnie tak samo jak Amanda, kiedy Veiko jej powiedział, że ja nie palę, że Helmi jest taka nieskazitelna. Z miejsca zalała mnie krew. Nie będzie ten owad ze mnie kpić, intruz jeden!

Podniosłam szczotkę, żeby uderzyć muchę, ale ona była szybsza – przeważnie takie już są – i uciekła mi. Nawiasem mówiąc, brzęczenie, które wydawała, bardzo przypominało donośny głos Amandy. Gdy się teraz zastanowiłam, to zrozumiałam, że sposób mówienia Amandy właściwie nigdy nie brzmiał jak mruczenie kota, ale właśnie jak odgłos irytującej muchy. Irytującej i bardzo natrętnej, a także wyjątkowo obrzydliwej muchy. Szukałam wzrokiem, dokąd mogła uciec, popatrzyłam na sufit i pozostałe ściany, kiedy usłyszałam, jak samochód Veika wjeżdża na podwórze. W pośpiechu opuściłam pracownię, gdyż Veiko nie powinien mnie tu znaleźć.

Tego samego dnia po południu, kiedy krzątałam się na dworze, zobaczyłam Harriego po drugiej stronie ogrodu. Podeszłam bliżej i zawołałam go, a Harri zaraz też zbliżył się do ogrodzenia. Zapytałam, czy przypadkiem burza nie zniszczyła ich drzew, powiedziałam mu, że w burzową noc wręcz martwiłam się o ich piękne bzy, a Harri odparł, że na szczęście wszystko z nimi w porządku. Podczas ogólnej rozmowy wypytałam między innymi, co tam słychać u Amandy, na co Harri oznajmił, że teraz przez jakiś czas sam sobie jest panem i robi, co chce, ponieważ Amanda wyjechała na konferencję do Barcelony.

– Czasami całkiem przyjemnie jest pobyć zupełnie samemu – stwierdził Harri, a ja oczywiście się z nim zgodziłam, bo życie z kobietą taką jak Amanda musi być istną męką. Tego typu osoba nic, tylko patrzy tymi swoimi wszystkowidzącymi oczami i stawia brzęczące pytania, a kiedy nie patrzy i nie stawia pytań, to jeszcze gorzej, bo wtedy można być pewnym, że głowa z tymi okropnymi oczami snuje podstępne plany, analizuje różne sytuacje i dokonuje ocen. Gardzi mną i podlizuje się Veikowi, ale na tym nie koniec: przed takim spojrzeniem wybałuszonych oczu nikt z otoczenia się nie uchroni, nawet własny mąż, który jest stale w zasięgu wzroku. Tak więc pod wieloma względami cieszyłam się razem z Harrim. Równocześnie jednak serce ścisnęło mi potworne przeczucie, że wyjazd Amandy i pojawienie się muchy w pracowni Veika nie mogły być przypadkowe.

Potwierdzenie własnego przeczucia znalazłam już następnego ranka, kiedy spostrzegłam, że Veiko zostawił uchylone drzwi do atelier. Zajrzałam przez nie i byłam świadkiem, jak Amanda (teraz miałam pewność co do tego, że mucha to ona) z głośnym brzęczeniem okrąża Veiko, od czasu do czasu przysiadając mu na ramieniu, żeby się leciutko wytrzeć w kołnierzyk jego koszuli. Widząc to, przeszyło mnie coś na kształt wstrząsu elektrycznego. To był szczyt  bezczelności Amandy, flirtować w tak haniebny sposób z mężem innej kobiety. Swoją drogą, Veiko nie podjął najmniejszego wysiłku, żeby odpędzić Amandę, tylko malował beztrosko dalej.

Otworzyłam szerzej drzwi i powiedziałam:

– Masz tam muchę. Może ją zabić? To takie ohydne, kiedy w domu jest mucha.

Amanda na koszuli Veika, słysząc moje słowa, pofrunęła w popłochu w górę i pośpiesznie uciekła na sufit.

– Mnie nie przeszkadza – bąknął w roztargnieniu Veiko i zgiął kolana, przypatrując się niedokończonemu obrazowi. Następnie pochylił się nad płótnem i dodał: – Czy mogłabyś zamknąć drzwi? Od zewnątrz! Dziękuję!

Zrobiłam, o co mnie poprosił, ale nie odeszłam. Przycisnęłam ucho do zamkniętych drzwi, chcąc usłyszeć, co dzieje się w atelier, a działo się tam całkiem sporo. Amanda brzęczała swym niskim gardłowym głosem, brzmiała zmysłowo i natrętnie, a Veiko wspaniałomyślnie się na to zgadzał. Mało tego, nucił wręcz do wtóru brzęczeniu Amandy!

Stojąc tam za drzwiami, zdecydowałam, że nie mogę tak zostawić tej sprawy. Wycofałam się do pokoju obok, trzymając na oku drzwi do pracowni, i kiedy po kilku godzinach Veiko wyszedł do toalety, wemknęłam się do atelier. Amandy początkowo nie spostrzegłam, chociaż rozglądałam się bacznie, zwróciłam za to uwagę, że Veiko zaczął nowy obraz. Dość rzadko rozumiem, co Veiko przedstawia w swoich pracach, bo są tak zawiłe i abstrakcyjne, jednak w owej chwili wszystko było jasne jak słońce: na płótnie pokrytym plamami farby trudno było nie rozpoznać tego, co zobaczyłam. Były tam wielkie musze oczy. Oczy Amandy!

Fale rozżalenia starły się z łoskotem nad moją głową. Veiko nigdy nie namalował moich oczu, mimo że mam je błękitne jak niebo, nieskończone i świetliste, nie tak mroczne i pełne niebezpieczeństw kałuże bagienne jak u Amandy. Kałuże napełnione niewinnie połyskującą wodą z mokradeł, na których dnie czyha na zbłąkanego zimne błoto, by go łapczywie pochłonąć i przywłaszczyć sobie na wieki. Poczułam strach o Veiko. Mężczyźni są tak naiwni, że tracą wszelkie poczucie zagrożenia, kiedy ktoś patrzy na nich takimi oczami.

Ledwie doszłam do siebie, gdy przyleciała Amanda we własnej osobie, bzycząc donośnie i z dumnie podniesioną głową. Wylądowała przede mną na środku obrazu i spojrzała mi zaczepnie prosto w oczy. W pierwszym odruchu chciałam pochwycić znajdującą się obok sztalugi szpachelkę i zmiażdżyć muchę, wgnieść ją w płótno, wcisnąć w świeżą farbę, tak żeby jej skrzydła zlepiły się z warstwą pasty, a oślizłe ciało zmieszało z namalowanymi na płótnie brązowymi oczami. Zaraz jednak przywołałam się do porządku, bo Veiko nigdy by mi nie wybaczył zniszczenia jego rozpoczętej pracy. Zanim zdążyłam się zastanowić, co zrobić z arogancką Amandą, usłyszałam szczęk otwieranych drzwi toalety i uciekłam z atelier z żalem w sercu.

Odtąd Amanda stała się głównym przedmiotem moich rozmyślań. Chciałam ją zniszczyć, roznieść w pył, zrównać z ziemią, tak żeby nie została z niej mokra plama. Nieustannie wystawałam w pobliżu drzwi pracowni i jak tylko Veiko stamtąd wychodził, rzucałam się na poszukiwania muchy. Niestety wszystkie moje próby złapania jej były skazane na niepowodzenie. Amanda jakby wyczuwała mój zamiar i bawiła się ze mną w chowanego. Bardzo rzadko się pokazywała, a i wtedy siedziała czy to wysoko na suficie, czy na szczycie regału, gdzie nie mogłam jej dosięgnąć.

Sytuacja była nieciekawa. Mijały dni, jednak nie było widoków na jakąś radykalną zmianę. Amanda okazała się zdumiewająco przebiegłą rywalką. Byłam już bardzo zdesperowana, kiedy pewnego popołudnia, smażąc naleśniki, wpadł mi do głowy zbawienny pomysł: w ciągu długiego tygodniowego pobytu w pracowni Amanda zdążyła już pewnie porządnie zgłodnieć i niewątpliwie przyleci do jedzenia. Jeszcze tego samego dnia zaniosłam do atelier na talerzu naleśnik z dżemem i położyłam go na podłodze. Nie upłynęło wiele czasu, kiedy przy akompaniamencie brzęczenia zwiastującego głód zjawiła się Amanda i usiadła na naleśniku tuż obok maźniętego dżemu. Potem wszystko potoczyło się szybko: nakryłam ją pustym kubkiem po jogurcie, a gdy go nieco uchyliłam, sama wleciała mi do garści.

Amanda w zamkniętej dłoni łaskotała mnie i wiła się przerażona. Poczułam smak zwycięstwa: w walce między nami dwiema to ja byłam tą, która w końcu zwyciężyła. Teraz wystarczy tylko lekko nacisnąć i łaskotanie się skończy. Definitywnie. Nieodwołalnie. Na zawsze.

Już miałam zacisnąć palce, kiedy znieruchomiałam. Zdałam sobie sprawę, że szybka śmierć byłaby dla Amandy zbyt małą karą. Chciałam czegoś więcej. Chciałam, żeby cierpiała. Długo i boleśnie. Byłam gotowa powyrywać jej nóżki i skrzydła, wypróbować na niej wszystkie te sztuczki, których nauczyłam się  podczas pewnej wystawy na temat średniowiecznych metod tortur, gdzie byliśmy kiedyś z Veikiem. Była to dla mnie bardzo pouczająca wystawa, choć zdaniem Veika potworna, jednakże historia często bywa właśnie pełna potworności, i tylko słaby człowiek odwraca wzrok od trudnych tematów. Veiko jest oczywiście słaby.

Amanda w mojej garści słaba nie była. Szamotała się i brzęczała, i waliła skrzydłami z siłą niespotykaną u much, a ja natychmiast zrozumiałam, że dla takiej siłaczki bardziej gorzki niż fizyczne cierpienie byłby ból psychiczny. Tego rodzaju ból, co miażdży duszę i kaleczy serce, niczym ostry noż przecina całe wnętrze. Życzyłam jej cierpień duchowych, pragnęłam pchnąć ją w przepaść bezmiernego smutku. Chciałam, żeby czuła podobny lęk i rozpacz, które ja czuję, gdy Veiko zostawia mnie samą i spędza w pracowni miło czas. Żeby czuła to samo, co odrzucona żona, która jest przecież tak dobra i troskliwa, cierpliwa i pracowita, prasuje mężowi koszule i smaży naleśniki, ściera kurz z drogich mu rzeczy. Żona, która dla męża jest zawsze gotowa na wszystko, absolutnie zawsze i bezustannie, ale on nawet tego nie zauważa. Dla męża ona jest niewidzialna, nudna i męcząca. Być może kiedyś, dawno temu tak nie było, lecz teraz sytuacja jest inna i wszystko się zmieniło. Teraz żona wzbudza w nim wstręt, teraz mąż już jej nie kocha. Coraz częściej zostawia żonę samą i idzie do atelier do swoich obrazów, pędzli i farb, do swojej muchy. Do natrętnie brzęczącej muchy, muchy, która jest mu bliższa niż ta fajna i wierna żona, dla której mąż jest całym światem. Właśnie takiego poczucia życzyłam Amandzie, poczucia bycia niekochaną.

Podniosłam ku ustom dłoń z Amandą i powiedziałam do niej:

– Jesteś wstrętna! Nikt cię nie kocha!

W tej samej chwili do pokoju wszedł Veiko.

– Co powiedziałaś?

Wystraszyłam się, ręka mi osłabła, dłoń się otworzyła i Amanda wyleciała z brzęczeniem na wolność, obierając niezwłocznie kurs na okno, jednak była na tyle głupia, że nie znalazła drogi ucieczki, tylko uderzała głową obok o zamknięte skrzydło okna. Kilkakrotnie wlatywała w szybę, brzęcząc przenikliwie i histerycznie, aż podszedł Veiko i pomógł się jej wydostać przez otwarte okno. Ostrożnie i z czułością. Troskliwie.

Podbiegłam tam i zatrzasnęłam z hukiem okno za Amandą – niech leci i już nigdy nie wraca! Niech brzęczy gdzieś indziej! I chociaż żałowałam, że jej nie zabiłam, czułam też ulgę: w pewnym sensie bowiem problem się rozwiązał.

Jednak poczucie ulgi nie miało trwać długo, nie minęło bowiem kilka godzin, kiedy odezwał się telefon Veika. To dzwonił Harri, który zapraszał nas do siebie. Na kolację w podzięce za tę u nas czy jakoś tak. Ponoć Amanda wróciła właśnie z Barcelony, pełna wrażeń i chęci podzielenia się nimi z nami.

Bardzo się zdenerwowałam. Oczywiście nie chciałam do nich pójść, ale odmówienie zaproszenia byłoby dziwne. Dlatego wmówiłam sobie – na siłę wmówiłam sobie – że muszę być wielkoduszna, dać Amandzie drugą szansę. Może czegoś się nauczyła i wyciągnęła wnioski z tego, co wydarzyło się w pracowni? A nuż stała się milsza, mniej natrętna?

Tak oto już następnego dnia po południu znalazłam się z Veikiem w salonie sąsiadów przy pięknie nakrytym stole i częstowałam się paellą. Jedzono w przyjemnej atmosferze i ze smakiem, a ja zauważyłam, że szczególnie duży apetyt dopisywał Amandzie, co, mając na względzie spędzone w pracowni dni postne, było całkiem zrozumiałe. Zwróciłam też uwagę, że Amanda jest blada, chociaż, jak twierdziła, poza konferencją znalazła też czas na obejrzenie atrakcji turystycznych w Barcelonie, a moim zdaniem południowe słońce powinno zostawić na jej skórze jakiś ślad. Obejrzałam jej cerę, w szczególności przyjrzałam się czołu. Szukałam znaku po zderzeniu z szybą i go znalazłam – Amanda miała na głowie guz. Był prawie niezauważalny i stosunkowo mały oraz umiejętnie zamaskowany makijażem, ale mimo wszystko na tyle przypominał guz, że nie ukrył się przed moim bystrym wzrokiem.

Blada, głodna, z nabitym guzem Amanda długo i drobiazgowo rozprawiała o wszystkim, co podobno widziała w trakcie podróży. Mówiła bardzo przekonująco i z wprawą, łatwo więc było uwierzyć, że rzeczywiście spędziła tam jakiś czas. Opowiadała o domach Gaudíego, gęsiach w Katedrze Świętego Krzyża i Świętej Eulalii, a najwięcej o muzeum Miró. Słowa w jej ustach brzmiały jak znajomy pomruk, myśli niczym kłęby dymu unosiły się pod sufitem i wywoływały we mnie uczucie duszności, podczas gdy brązowe oczy na jej jasnej twarzy lśniły i zatrzymywały się nieraz na Veiku, który słuchał z uwagą. Jedno było pewne: nie zauważyłam w niej żadnej zmiany na lepsze. Była dokładnie tak samo okropna jak wcześniej, może nawet jeszcze bardziej nieprzyjemna, kiedy więc oświadczyła, że marzy o zamieszkaniu w Katalonii na dłuższy czas, ucieszyłam się i całkowicie uspokoiłam oraz puściłam mimo uszu jej kolejną opowieść. Przecież Veiko siedział tu, przy mnie, w moim pobliżu, a nie obok Amandy. Świadomość, że prędzej czy później Amanda zniknie z naszego otoczenia i przeprowadzi się do Hiszpanii, przyniosło mi poczucie odprężenia: jeśli tak, to nie ma się czym martwić.

Moja uwaga wyostrzyła się ponownie w chwili, gdy Amanda skończyła opowiadać o Miró i przeszła do Veika. Mruczała w tkliwym uwielbieniu, że prace Veika otacza podobny liryczny fluid, jaki emanuje z twórczości Miró, tylko że jeszcze silniej. Jej zdaniem, to właśnie świat widziany oczami Veika owiera się ze swej najbardziej czarującej strony i ten czar daje siłę do radzenia sobie z przytłaczającymi trudnościami dnia codziennego. Amanda mówiła o lekkości i opanowującym ją doznaniu unoszenia się, kiedy patrzy na obrazy Veika, a ja z żalem pomyślałam o muszych skrzydłach, których nie umiałam w odpowiednim momencie wyrwać.

Nic tylko perorowała i rozwlekała swoje uwielbienie jak gumę do żucia, ja zaś czekałam, kiedy znowu przejdzie do tematu muchy w pracowni Veika, co jednak nie nastąpiło. Oznajmiła natomiast:

– Chciałabym być waszym dzieckiem, wychowywać się pod okiem Veika i uczyć się postrzegać świat z jego perspektywy!

Oboje z Veikiem zaśmialiśmy się sztucznie i byłam Veikowi wdzięczna, że nie przyznał, iż dzieci mieć nie będziemy, tego jesteśmy pewni, bo próbowaliśmy wielokrotnie i więcej już nie będziemy, dobre i to, że raz na jakiś czas w ogóle uprawiamy seks. Skierowaliśmy rozmowę na inne tory, gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, i wnet nadszedł też czas się pożegnać.

Było oczywiste, że słowa Amandy będą mnie prześladować. Być naszym dzieckiem i wychowywać się pod okiem Veika, a to ci dopiero!

Nie mogłam się doczekać poranka, więc w nocy, kiedy Veiko zasnął, wymknęłam się na dwór i wyprowadziłam samochód z garażu, żeby pojechać do miasta do apteki całodobowej. Po powrocie do domu, w toalecie trzęsły mi się ręce, kiedy otwierałam pudełko i wkładałam test do plastikowego kubeczka wypełnionego ciepłym moczem. Jedna minuta, dwie minuty, trzy… Wpatrywałam się w dwie kreski – naprawdę byłam w ciąży.

Opowiadanie pierwotnie ukazało się w magazynie literackim „Looming“ (9/2021) pt. „Amanda”. Przedruk za zgodą autorki. Z języka estońskiego przełożyła Marta Perlikiewicz.

Poprzedni artykułEstońskie Wilno albo gród Mickiewicza patrzy na północ
Następny artykułTwoje związki i wspomnienia związane z Estonią
Piret Raud
Pisarka i ilustratorka. Jedna z najbardziej znanych estońskich autorek książek dla dzieci - spod jej pióra wyszło kilkanaście książek. Zilustrowała ponad 40 książek dla dzieci, otrzymała szereg nagród i wyróżnień w wielu krajowych i zagranicznych konkursach ilustratorskich. Trzykrotna laureatka nagrody rocznej Fundacji Wspierania Kultury Estońskiej. W 2012 roku Piret Raud wpisano na międzynarodową listę honorową IBBY. W Polsce ukazały się dotychczas jej książki dla dzieci "Ja, mama i nasi zwariowani przyjaciele", "Księżniczki nieco zakręcone", "Historie trochę szalone", "Emma kocha różowy!", "Ucho".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj