Home / Kultura / Architektura / Socrealne fascynacje

Socrealne fascynacje

Szanujący się podróżnik ma do wyboru albo wyprawę za jeden uśmiech, albo hamak pod palmą. Dobrze, żeby podróż była gdzieś daleko, żeby nazwy miast były niewymawialne, a miejscowi żyli za jednego dolara. Jakby jeszcze tutaj wpleść historię plemiennego wodza w stanie spoczynku czy tresera hipopotamów to materiał na slajdowisko w miejskiej dżungli gotowe. Definicje podróżowania, podróżniczego poznania oraz podróżniczej fascynacji warto jednak poszerzyć o to, co mamy za oknem. Ktoś mógłby powiedzieć “a cóż takiego mamy za oknem, morze betonu…” Być może to dziwna sugestia, ale ileż historii kryje się za oknami blokowisk, ileż legend zrodziło się wokół rozsypujących się pomników ku czci osobistości spod czerwonej gwiazdy!

Kłócił się nie będę – socrealizm to najczęściej monumentalizm i tandeta zaklęte w betonie. Podróżując jednak głównie po tej części świata, która przeżyła swoją przygodę z komunizmem w wydaniu sowieckim, zauważyłem, że tak jak we Lwowie nie odnajdziemy dwóch identycznych balkonów, tak w całym czerwonym obozie nie odnajdziemy dwóch identycznych socrealizmów. To komunistyczne “czary-mary” posypane było lokalnymi przyprawami, które zbierane były najczęściej albo z historii, albo z tradycji, albo z indywidualnych wyobrażeń lokalnych wizjonerów.

Tyle dywagacji, czas na (soc)realizm. Mój zachwyt zdobyły betonowe perły m.in. Estonii, Armenii czy Słowacji. Oswoiłem je też pijąc tam nie jedno piwo, kopiąc porzuconą puszkę, czy układając piramidy z kapsli.

Architektura powabna jak kwiat

W moim ulubionym Tallinie, w Estonii, takie miejsca to Linnahall oraz Maarjamäe memoriaal. Jeśli ktoś jeszcze pamięta Olimpiadę w Moskwie w 1980 roku, wie, że odbywała się ona nie w jednym, a w pięciu miastach. Jedną z aren był Tallin, w którym rozgrywano konkurencje żeglarskie. To z tej okazji zbudowano tutaj setki, czy tysiące schodów, uruchomiono międzynarodowe połączenia telefoniczne, sprowadzono egzotyczne owoce, zachodnie gazety i rozradowano ludzi. Wszystko to zniknęło wraz ze zgaszeniem ognia olimpijskiego w mieście… no prawie, bo zostały te schody. Czy ktoś zauważył, że architektura sowiecka miała tendencje to układania stopni do, przy, obok, a nawet na każdym wznoszonym budynku? Nie sądzę, żeby stopnie te miały ułożyć się w schody do nieba, ale i tak robią ogromne wrażenie.

Linnahall to właśnie jeden z budynków, który powstał z okazji pamiętnej olimpiady, posłużył jeszcze kilkanaście lat za salę koncertową i lodowisko by na początku lat 90., ze względu na typowo sowiecką rozrzutność energetyczną, zostać zamkniętym. W założeniu architekta, Raine Karpa, obiekt w swoim kształcie miał nawiązywać do jednego z symboli Estonii i jej kultury – chabra bławatka. Być może dałoby się to podobieństwo odnaleźć podziwiając go z lotu ptaka, z poziomu chodnika wygląda raczej na nieco nieudaną piramidę. Drugie z nawiązań do tradycji narodu to surowiec, z którego budynek został wykonany – szary wapień, który również jest jednym z symboli kraju. Zgodnie z cyklem życia architektonicznych produktów poprzedniej epoki, budynek wraz z zamknięciem i popadaniem w ruinę, stał się lubianym wśród miejscowej młodzieży miejscem wyładowywania swoich ładunków artystycznych w postaci graffiti. Oprócz kolorowych obrazów, napisów i rozbitego szkła, z obiektu można podziwiać skromne tallińskie city, Stare Miasto, port i morze.

Grób Pinokia

Druga z tallińskich betonowych pamiątek to pomnik Maarjamäe. Historia obiektu sięga lat 60., a upamiętnia on bolszewików walczącym przeciw… Estończykom w czasie estońskiej wojny wyzwoleńczej (sic!) oraz żołnierzy sowieckich walczących przeciw Niemcom w II wojnie światowej. Kolejne elementy tej betonowej układanki zostały rozsypane niedaleko z okazji olimpiady. W sumie cały ten kompleks z 35-metrowym obeliskiem i betonową niecką czy odwróconą piramidą wygląda na tyle charakterystycznie, że doczekał się kilku “pseudonimów artystycznych”. Niektórzy nazywają kompleks “grobem Pinokia”, inni “snem impotenta”, jeszcze inni mówią o “estońskiej piramidzie słońca”. Swoją teorię mają również fińscy turyści, którzy podejrzewają Estończyków o próbę zbudowania mostu przez Zatokę Fińską do Helsinek. Podobnie jak Linnahall, tak wyzwolony z jedynej właściwej wersji historii pomnik popadł w niełaskę i stał się kolejną areną spotkań młodzieży. Obiekt jest też jednym z lepszych miejsc do obserwowania długich, letnich zachodów słońca nad Zatoką Tallińską.

Na srebrnym ekranie

Za lasem stojącym tuż za obiektem sowiecka administracja rozsypała wiaderko z klockami, które ułożyły się w blokowisko. Tutejsza dzielnica Lasnamäe walczy z bratysławską Petržalką o miano największego blokowiska Europy. Obie dzielnice mają wiele wspólnego pomimo znacznej odległości. Obie liczą po około 115 tysięcy mieszkańców, obie były budowane w latach 70. XX wieku, obie składają się właściwie tylko z bloków i stanowią zwartą całość, przez długi czas właściwie stanowiły autonomiczne organizmy w granicach swoich miast. To, co najbardziej fascynujące to role, które zagrały w zachodnich filmach. Lasnamäe w filmie Lukasa Moodyssona Lilja 4-ever wcieliła się w rolę postsowieckiej, wprawiającej w depresję dzielnicy biedy i źródła dziewcząt dla zachodnich domów publicznych. Bratysława, w domyśle Petržalka, zagrana przez blokowisko w Koszycach (również na Słowacji) stała się powodem przerażenia bohaterów amerykańskiej komedii Eurotrip. Jeden z bohaterów wypowiada kwestię: “dobrze, że przyjechaliście latem, zimą może być tu naprawdę ponuro”, a za nim straszy blok bez drzwi i z powybijanymi szybami…

A różnice? Na Lasnamäe, w czasie istnienia Związku Sowieckiego mogli osiedlać się właściwie tylko Rosjanie – kilka dekad temu, Estończycy wręcz nie mogli kupić mieszkania, czy zbudować domu. Na Petržalce z kolei piętra mieszkalne zaczynają się często na tyle wysoko, że i tu trzeba było wznosić schody i wiadukty między blokami.

Socrealizm na różowo

W ten schemat i znany nam pomysł na blokowisko trudno wpisać najbardziej sowieckie miasto – Erywań w Armenii. Wydawałoby się, że jak na Południowy Kaukaz przystało będzie nieco orientalnie, może znajdziemy trochę drewnianych chat i starych kamienic. Nic podobnego. Od niemal już wieku miasto jest przebudowywane według wizji Aleksandra Tamanjana. Miasto planowane przez niego na 100 tysięcy mieszkańców stało się zaledwie centrum współczesnego Erywania. Gdyby porównywać rozmach projektu można znaleźć zaledwie kilka podobnych w Zachodniej Europie, np. dzielnicę La Defense w Paryżu, ale ta to jednak tylko dzielnica, czy Barcelonę Gaudiego. Tutaj jednak nie pojedyncze budynki, ale całe ulice zostały zaprojektowane zgodnie z duchem czasu. Wszystko w tym centrum wygląda jak narysowane od linijki, ale ma też wiele lokalnego kolorytu. Czasem patrząc na zbudowane z tufu – szaro-różowego lokalnego kamienia wulkanicznego – gmachy składające się w długie arterie miejskie łączące ogromne place, można dostrzec w nich owalne twarze Ormian. Tamanjan sięgał do historii, tradycji i detali tradycyjnej, monumentalnej architektury Armenii, ale to tylko detale i tutaj zachwyt miesza się jednak ze smutkiem. Wszystko to, co zostało wzniesione przez ostatnie stulecie, pogrzebało wielowiekowe pozostałości po najdawniejszych dziejach jednego z najstarszych przecież miast świata. To co w mieście niezmienne to widok na Ararat, a ten ponoć jest najlepszy ze szczytu Kaskady – monumentalnego obiektu, który składa się z setek stopni, przedziwnych monumentów i fontann. Legenda mówi, że przed trzema wiekami, kiedy oczywiście miejsce to było zaledwie zboczem wzgórza, sam Piotr Wielki przyjechał tutaj, aby podziwiać Ararat. Nie miał jednak szczęścia i pogoda pokrzyżowała mu plany, miał jednak powiedzieć, że równie wielkiego pecha miał Ararat, który nie zobaczył… Piotra Wielkiego.

Nie ważne, w której części dawnego obozu, architektura poprzedniej epoki wzbudza mieszane uczucia. Ma w sobie coś, co zachęca młodzież do tagowania i bazgrania, starszych do zażartych dyskusji – burzyć czy chronić, a w jeszcze innych wywołuje podziw. Warto jej się przyjrzeć dokładniej, bo te mury nie są nieme i opowiadają historie, legendy i anegdoty.

About Kazimierz Popławski

Twórca i redaktor naczelny portali Eesti.pl i PrzegladBaltycki.pl.