Niewyraźny głos zabrzmiał raz jeszcze, a ja byłem akurat w tym stadium snu, kiedy człowiek rozważa sobie w duchu, czy to, co słyszy, to jeszcze część nocnej mary, czy też przyszła już pora na zupełne przebudzenie. Ktoś zapukał do drzwi. Narzuciłem na siebie byle jakie ciuchy i powlokłem się niechętnie, żeby otworzyć – takie pukanie zwykle nic dobrego nie wróżyło. Któryś z sąsiadów miał o coś pretensje albo syn właścicielki przyszedł sprawdzić liczniki.
Przez judasz widać było dziewczynę o ciemnych włosach do ramion i wysokich kościach policzkowych, uśmiechniętą od ucha do ucha. Co znowu? Otworzyłem.
– Dzień dobry?
– Dzień dobry, przyszłam prąd wyłączyć! – obwieściła dziewczyna z jakimś zgoła niestosownym optymizmem.
– Wyłączyć? – powtórzyłem podejrzliwie.
– Ahaa, zobaczmy, pan ma… hmmm… – najpogodniejsza windykatorka pod słońcem przekartkowała notes. – Osiem miesięcy niezapłaconego prądu.
– Cholera jasna… ja tu jestem podnajemcą, nie raczyli pewnie wpłacić pieniędzy ode mnie.
– Mnie nic na ten temat nie wiadomo, ja tylko prąd wyłączam i zakładam plomby.
– Ale chwila moment, tak na sylwestra prąd zabieracie? To ile tam tych zaległości, nie mógłbym teraz zapłacić na miejscu?
– Nie, nie, nie, ja nie rozliczam, z tym pan do biura musi. Ja tu tylko robię dzyń-dzyń przed odcięciem prądu, żeby pan zdążył sprzęty elektryczne wyłączyć.
– Mhmh, no bardzo… fajnie. Nie ma żadnych sprzętów.
– Super! Zapłaci pan rachunek, wtedy przyjdziemy, plombę się zdejmie, znowu będzie prąd! Wszystkiego dobrego w nowym roku! – podsumowała z uśmiechem dziewczyna, pstryknęła jeszcze czymś w skrzynce elektrycznej i poszła. Zza niej wyłonił się wracający ze spaceru sąsiad, starszy pan z dużym czarnym psem, nic nie powiedział, tylko posłał mi zmęczone spojrzenie.
Ale gówno. Co za fucking gówniarzeria! Dlaczego Oskar nie pokrył rachunków? Bo nie łaska, kurna! Siedzisz sobie w sylwestra w Tartu i prądu nie ma. W miejsce planu B potrzebny był plan C. Dochodziła dziesiąta, o dwunastej miał się zacząć ostatni, trwający do nie wiadomo kiedy egzamin, główny zresztą powód, dla którego zostałem w Tartu zamiast wracać do Tallinna. Można by jeszcze zadzwonić tam ze skargą do Oskara albo do jego rodziców, ale co to dzisiaj zmieni.
Pierwsze lata w Tartu przemieszkałem w płytowcu na kresach miasta, w klitce wynajętej od małżeństwa emerytów na tyłach trzypokojowego mieszkania.
– Zasady są proste: 400 koron za miesiąc z góry, w lodówce do dyspozycji dolna półka, i dziewczyn nie sprowadzać! – zastrzegł na dzień dobry gospodarz, tryskający zdrowiem posiadacz czerwonego nosa. Jego połowica, niziutka, potulna damulka w okularach jak denka od słoików, przytakiwała milcząco mężowi. Chciało mi się zapytać, czy na chłopców jest zgoda, ale coś mi podpowiedziało, że podobny żart mógłby mieć opłakane skutki. Była to jedyna znana mi oferta w całym mieście, nie ma co przeciągać struny.
Pierwszego wieczora w Tartu leżałem sobie na łóżku, składającym się z pozsuwanych segmentów narożnika Eva-2, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
– „Nie ma jak w domu” się zaczęło – oznajmiła nieśmiało starsza pani.
– Mhmm… aha… eee… ja tego nie oglądam zbytnio – odrzuciłem propozycję.
Mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze. Kiedy gospodyni przyrządzała danie z serem „Atleet” – nazywała toto pizzą – czuć było już z pierwszego. Nie tyle zresztą zapach, co okrutny smród. Na początku miesiąca nos staruszka czerwieniał mocniej niż zwykle, miasto jak dalekie było, takie też pozostało, i wszystko to zaczynało działać mi na nerwy. W międzyczasie Oskar, kumpel ze starej klasy, urządził się po pańsku: wynajął dwupokojowe mieszkanie, jeden pokój stał właściwie pusty, więc przed paroma tygodniami sam się tam przeniosłem. Śródmieście o połowę bliżej i miejsca więcej.
Nie ma co, nawet gdyby wyskrobać skądś pieniądze na spłatę należności, to w wieczór sylwestrowy nikt mi z powrotem nie włączy prądu. Najsensowniej będzie pójść na egzamin, a potem zwalić się komuś na głowę. Egzamin! Co za dewiant wyznacza egzaminy na sylwestra? Tak można tylko na serio poważnych przedmiotach!
Ale nie, to nie praktyki w teatrze anatomicznym ani encyklopedia prawa, od której większość studentów dostawała świra, że aż o ściany trzaskały ciskane przez nich w szale zagryzmolone podręczniki. Tym przedmiotem, tą sprawą życia i śmierci była muzyka popularna. Chociaż nikt właściwie nie potrafił wyjaśnić, jak coś takiego wylądowało w harmonogramie zajęć, to przedmiot cieszył się wielką popularnością, bo gdzieś zapisano, że na studiach trzeba zrobić punkty z przedmiotów ogólnouniwersyteckich – czyli zapisać się na ileś rzeczy od czapy, o których wyborze decydują tak naprawdę dwa kryteria: albo punkty nabijają się same, albo przesądzają legendy o tym, jaki ten przedmiot ciekawy i/lub rozrywkowy. Pierwsze z kryteriów odhaczało na przykład takie „karne prawo wykonawcze”, gdzie do zaliczenia wystarczyło przez pół godziny poczytać za drzwiami z notatek, jakie są rodzaje zakładów karnych, a potem z tego odpowiedzieć. Albo, dajmy na to, wiadomo, że Misza Łotman wpisuje zaliczenie każdemu, kto danego dnia stawi się u niego przed szóstą z indeksem, więc co gorliwsi tłukli się taksówkami na drugi koniec miasta, żeby wymęczyć te dwa punkty. Za to podpadł nam na przykład nowy rektor, który sobie uroił, że dla wszystkich studentów obowiązkowy powinien być wykład z teorii gier. Innym podobnym idiotyzmem był przedmiot o nazwie „zarządzanie ryzykiem”, czyli że wszystkich zapędzono na wykład małego, zapyziałego staruszka z brązowym krawatem, na którym wbijano nam do głów, że wchodząc do obcego budynku, powinniśmy się zawsze w pierwszej kolejności zapoznać z planem ewakuacji.
Na wykładzie z muzyki pop było nas coś koło setki, rzecz wprost niepojęta. Większość uczestników zapisała się w naiwnym przeświadczeniu, że prowadzący-meloman po prostu wpisze im na koniec roku zaliczenie. A tu niespodzianka – towarzystwo podzielono na grupy, które w ciągu dwóch dni musiały zdawać egzamin zarówno pisemny, jak i ustny. I tak oto właśnie wylądowaliśmy tutaj w sylwestra. Na szczęście na pisemnym podszedł mi temat, dlatego teraz skleciłem tylko jakąś gadkę na poczekaniu i czekając na swoją kolej, słuchałem, jak szło odpowiadanie innym studentom.
– Widzę, że wybrał pan jako temat wczesną muzykę psychodeliczną – zaczął wykładowca na widok kolejnego zdającego, poprawiając okulary.
– Aha, dużo tego słuchałem, zwłaszcza Jimiego Hendrixa – przytaknął wannabe-kurtcobain, którego z Cobainem łączyły głównie nieumyte włosy.
– To na początek proszę mi powiedzieć, na czym polega przesłanie muzyki Jimiego Hendrixa, co ją wyróżnia? – zapytał wykładowca, turlając długopis po stole w takim zamyśleniu, jakby poproszono go co najmniej o wyjaśnienie istoty reakcji jądrowej.
– Noo, bo to taka buntownicza i… i… i rozumie się, erotyczna muzyka. W riffach Hendrixa wyzwala się taka symboliczna, orgazmiczna eksplozja – zagrał swoją kartę chłopak. Kilkoro studentów zaczęło się chichrać, wykładowca przewrócił oczami.
– Ja tak sobie myślę, że niech pan sobie posiedzi, przemyśli ten orgazm, a potem jeszcze raz wróci.
Młody odszedł jak niepyszny. Następny byłem ja, opowiedziałem coś o „Nie Żdali” i innych Rosjanach i byłem wolny. Indeks kazali zostawić na wydziale, na schodach jedna odesłana z kwitkiem dziewczyna biadoliła, że nie zdąży na autobus na Saremę i że ktoś już trzy razy był odpowiadać. Jakiś minister in spe zarzekał się, że ojciec wysłał po niego z Tallinna samochód służbowy.
Wybiła druga. Przyszło mi do głowy, że można by i pojechać do tego Tallinna, ale nie chciało mi się zmieniać planów. W mojej sytuacji najlepiej było odwiedzić akademik przy Narva maantee za mostem: zwykle wbijaliśmy do Margusa pod numer 325, a potem już się ogarniało, co dalej.
W akademce ostatni remont typu remont zrobiono pewnie gdzieś za Breżniewa, i to możliwe, że dosłownie za Breżniewa. Przy drzwiach wejściowych stały w szeregu skrytki pocztowe i ktoś tam regularnie rozrywał koperty w poszukiwaniu pieniędzy. Najbardziej chyba zdumiewało to, że niektórzy rodzice i dziadkowie nadal wysyłali w ten sposób fundusze, na przykład między dwiema sklejonymi pocztówkami, tak jakby nie było widać. Ale jako że miejsca w akademiku kosztowały grosze, to kolejka chętnych i tak była na tyle długa, że wielu nie pozostawało innego wyboru jak kawalerka albo stancja.
Przez korytarz niosło się brzdąkanie. Zapukałem w drzwi pokoju i, nie czekając na zaproszenie, wszedłem do środka. Z czterech łóżek trzy stały puste, jeden tylko Atko, szkolny kolega Margusa, oglądał w telewizji na cały regulator powtórkę jakiegoś dennego kabaretu z lat 80., który w ETV uznawano za klasykę humoru. Nie wyjechał z miasta.
– Zgłupiałeś, ścisz trochę! – zamachałem rękami.
– Kiepski pomysł – przekrzyknął telewizor Atko, jednak przykręcił odrobinę. Teraz słychać było muzykę z sąsiedniego pokoju.
– „Wham!”? Wy tu macie obok tunel czasoprzestrzenny?
– Mamy. Tam jedna z babskiego ma dwie kasety na krzyż, dzisiaj od samego rana słucha na przemian „Wham!” i „Army of Lovers”.
– Mmm, cudownie. Gdzie reszta, wszystkich wywiało?
– Margus koniec końców pojechał do Pärnu, sprawy rodzinne, ten z Saremy wsiadł w autobus jeszcze w nocy, a Sass zawinął się na wieś do Räpiny walić wódę.
– Oho, pusta chata. U mnie odcięli prąd, więc nawet takiego barachła oglądać nie mogę.
– No cóż – skwitował Atko, nieporuszony.
– A ty co planujesz? Idziesz na imprezę do Atlantisu słuchać Estiny, czy jak?
– Zwalaj, jak chcesz, to sam se idź drzeć koty z tymi dziewiątoklasistkami i traktorzystami z Mammaste.
– A coś poza tym?
– Się pomyśli. Ej, spróbuj mięsa – Akko podsunął mi talerz.
– Co to?
– Normalne mięso bez kości – droczył się Akko.
– Dlaczego mam wrażenie, że mi tu próbują wcisnąć kota?
– Żaden kot, to mięso Maryjczyków.
– Maryjczyków?
– Ano Maryjczyków, mamy tu na korytarzu jakichś Maryjczyków z programu dla bratnich narodów, na prawie i lekarskim studiują. Rano w kuchni postawili na ogniu gar z mięsem, ja idę do kibla, wracam, widzę, że mięso miękkie, to se odkroiłem kawałek.
– Z ich garnka? Myślisz, że się nie skapną?
– Maryjczycy nic się nie skapną, to z jakichś kości do zupy, kto ci to będzie od milimetra mierzył. Oni tam mają pokój rodzinny, kobieta się cyka chodzić do kuchni, bo żarówki poprzepalane, a jesienią pod prysznicami zboczeniec grasował. No i jesienią była jeszcze ta historia, co to chemicy próbowali na kuchence pichcić napalm, więc teraz sporo ludzi trzyma się z dala.
– Z moim doświadczeniem to prędzej bym się bał tego kibla niż zboka. A co gdybyśmy poszli się rozejrzeć na miasto?
– Rozejrzymy się spokojnie, gdzie ci się spieszy… TV jest, mięso jest.
W tej chwili usłyszeliśmy za ścianą mlask zmienianej kasety, a potem „Last Christmas, I Gave You My Heart…”.
– Ja pierdolę, ile można! Dobra, tylko się ubiorę… – skapitulował Atko i zaczął szukać butów pod stertą butelek po piwie.
Atko znał Margusa, mojego kolegę z rocznika, ze szkoły, sam studiował ekonomię. Zwykle myślał trzeźwo i przy każdej okazji starał się zaoszczędzić, nawet jak akurat był przy kasie.
– Minęła trzecia… jak teraz pójdziemy do centrum, to piwo powinno być najtańsze w Draakonie. Jeśli mamy ochotę iść trochę dalej, to dałoby się może dostać nawet za dwanaście koron. Na przykład pod Trzema Łukami.
– To w pół drogi do… eee… Elvy, tak daleko się nie wybieram. Idziemy do Draakona.
Draakon był typową meliną w suterenie, ale że mieli tam swoją codzienną zniżkę na sprzedawane w litrowych kuflach piwo o podejrzanie stęchłym posmaku, to do Draakona zachodziło się często. Wedle powszechnie uznanej teorii cena była niska dlatego, że studentom sprzedawano zebrany sitkiem osad z piany, którego z jednej beczki wystarczało na pięć litrów. Zamówiliśmy grzanki czosnkowe i piwo.
– Ej, ale z nas osły dardanelskie – palnął po chwili ręką o stół Atko – moglibyśmy pić za darmo, dawaj do korpy!
– Cholera, a ty znowu z tymi korpami – nastroszyłem się.
– Nie musisz się przecież zapisywać, po prostu pozwolisz się poczęstować i pokiwasz głową kiedy trzeba.
– Ty wiesz dobrze, że nie mam ochoty się z nimi zadawać, zawsze jedno i to samo.
– No jak ci się tak bardzo chce tutaj wykosztowywać, to proszę cię bardzo. Ale tam pobędziesz grzeczny i dostaniesz gratis.
Zeszłej jesieni mieliśmy na tapecie zapisy do korporacji[1]. We trzech chodziliśmy na wieczorki zapoznawcze. Najbardziej zaskakiwała bezpardonowość, z jaką nam składano obietnice i propozycje: czy chcecie w przyszłości pracować w ministerstwie spraw zagranicznych, ministerstwie obrony czy może w dużym banku? „Kładziecie paluszek na koślawej bandzie[2] i piwo macie gratis, najpóźniej na trzecim roku jest dziewczyna, na czwartym miejsce pracy”, chwalił się chłopak z jakiegoś stowarzyszenia wynajmującego pomieszczenia klubowi ze striprizem czy też barowi z dyskoteką.
– Nie chcę… tu mamy ciepły pokój, w kącie telewizor i jeszcze małe co nieco.
– Nie marudzimy, ostatni kufelek i paaa-szli! Przeżyjesz – zignorował moje protesty Arno i poprosił o rachunek. Chłopak w białej bluzce z falbankami przyniósł kwit, a Atko o mało nie spadł z krzesła. – Tu jest za osiem piw, my wypiliśmy cztery.
– Osiem było – odparł wysłannik, nawet nie spojrzawszy na odręcznie zapisany świstek.
– Obaj braliśmy po dwa, jakie osiem! – nie ustępował Atko, a ja przytaknąłem.
– Ładnie se żłopnęliście za kasę mamusi i tatusia. Płacicie albo wzywamy chłopców – brzmiała ostateczna oferta macho falbaniarza.
Atko próbował się jeszcze przez chwilę stawiać, ale w końcu daliśmy za wygraną i zapłaciliśmy.
– Fucking burak – wrzasnął Atko ze schodów, chyba głównie dla własnej satysfakcji. Burak odpowiedział bardziej dosadnie, przysięgając obić nam mordy.
– No, to teraz nie zostało już nic jak tylko iść do korpy – stwierdził Atko po wyjściu na zewnątrz. – Dupa, szalik został na dole.
– Idź poproś ładnie, przepraszam, nie widział pan mojego szalika – podsunąłem Atkowi.
– Przejdźmy się do bankomatu, zobaczę, ile zostało mi na karcie.
Na szczęście najbliższy automat stał niedaleko, po drugiej stronie placu, za przeszklonymi drzwiami. Przez szybę widać było, że zajęte, więc musieliśmy zaczekać.
– Złożę zażalenie, że klientów naciągają – zarzekał się Atko.
– Komu się pożalisz, ty myślisz, że ktoś uwierzy tobie zamiast nich?
– Pieprzona mafia buraków, banda, kurna, zotów i badylarzy. Na cokolwiek lepszego rozumu zabrakło, to przyjeżdżają i się po mieście panoszą.
– No ta twoja gospodarka narodowa też brzmi jak jakieś traktory, to ja bym się tak znowu nie unosił…
– Ciekawe, ile mam jeszcze pieniędzy na koncie. Z tego całego kredytu studenckiego gówno wyszło.
– Wyprztykałeś się?
– No bo poskupowałem za to we wrześniu akcje, wszyscy tłumaczyli, że giełda stoi tak nisko, że lada chwila znowu wystrzeli, ale przez ruskie wszystko wzięło w łeb.
– Że jak, całe 5000 poszło?
– No nie no, część poszła też na życie, ale 4000 włożyłem w akcje i z tego nic nie zostało. Przed nowym rokiem pieniędzy nie zobaczę.
– Jak to, tak po prostu je wcięło?
– Futures, człeniu, wszyscy kazali inwestować w futursy.
– Mhm, no, całe szczęście, że studiujesz ekonomię.
– Pierdolę, długo tam się będzie modlił nad tymi pieniędzmi? Jakiś żul znowu zasnął przy bankomacie czy co? To na pewno ten typ, co łazi z wywieszką „Dajcie kasę, chcę mieć na słodką wódę” – stracił cierpliwość Atko.
Przykleiliśmy nosy do szyby. Przed bankomatem stał znajomy nam profesor Peeter, który, wybierając pieniądze, pogrążył się w głębokiej zadumie. Jego palec spoczywał na klawiaturze, ale spojrzenie utkwione było gdzieś w oddali, możliwe, że profesor obracał w myślach jakiś nowy koncept albo po prostu zwiesił mu się system.
– Kompletna zombifikacja… waabsiee… – nie wierzył własnym oczom Atko. Zapukał w szkło, profesor wzdrygnął się, zabrał z maszyny pieniądze i wyszedł.
– No, to Rotalia czy Vironia? Chodźmy dzisiaj do Vironii, więcej będzie znajomych twarzy i nikt nie będzie zadawać pytań.
– W porządku. Ale nie zostajemy tam do samej północy – burknąłem niechętnie, kiedy doszliśmy do Szerokiej (Lai – przyp. red.).
– A, słuchaj, jeszcze jedno – Atko przystanął przed wejściem – daruj sobie ten żarcik z mieczem.
– Jaki żarcik z mieczem? – uniosłem ramiona, udając niewiniątko.
– Oj, dobra już – machnął ręką Atko i wślizgnęliśmy się do środka.
W budynku roiło się od ludzi. W jednym kącie siedziało paru starszych panów, ale większość obecnych była w wieku studenckim. Atko wkrótce odnalazł swoich znajomych i powrócił z parą otwartych butelek, nikczemnej postury barwiarzem oraz jakimś dryblasem o trupiobladej cerze, który mógłby w czasie wolnym dorabiać na odgrywaniu żywych trupów w horrorach Murnaua.
– Sass to mój stary kolega z Pärnu, on też studiuje gospodarkę narodową. A to jest Urmas, tutejszy magister cantandi.
– Wdrożyliście się już w życie akademickie, czy takie same z was dzikusy, jak ten tu Atko? Może czas już pomyśleć o wstąpieniu do kręgów towarzyskich? – zapytał niższy z chłopaków.
– Ja jeszcze się rozglądam, w życiu przy podejmowaniu wyborów konieczna jest rozwaga – kręcił Atko.
– No ja to się przyglądam z wielkim zainteresowaniem, bardzo mnie to wszystko ciekawi – zapewniał ten wyższy, Sass. Faktycznie wydawał się bardzo pobudzony.
– Słusznie, słusznie! Wiecie, korporacja to jak tory dla kolei losu! Przede wszystkim zdobędziecie tu przyjaciół na całe życie, do tego dzięki kontaktom z korporacjami żeńskimi wielu poznaje potem przyszłą żonę, a w końcu dostaje się jakąś posadę. Jak trzeba, wynajdziemy wam skromną enüskę[3] albo porywczą amicę[4]! A nawet pomijając kwestie rodzinne, zajęcia jest tu tyle, że się człowiek nigdy nie znudzi!
– To może jeszcze macie katalog matrymonialny ze zdjęciami? – nie zdołałem się ugryźć w język.
– Nie, po co katalog. My tu mamy po pierwsze kursy tańca, po drugie i po trzecie herbatki oraz wieczorki rodzinne. Żony bardziej na stałe rekrutują się w okolicach trzeciego roku spośród pierwszo- i drugorocznych, w końcu mąż musi mieć już zagwarantowane perspektywy. Korporacja to patriotyzm, pryncypia, przetarty szlak w dorosłość!
– Aha-ahaa… jasne… a jak u was z tym… mieczykami też machacie? – zapytałem śpiewmistrza. Atko zaczął stroić za jego plecami grymasy i przejechał palcem po grdyce.
– W korporacji nie ma mieczy, w korporacji używamy rapierów! – poprawił mnie widocznie urażony rozmówca. W tej samej chwili ktoś go zawołał, więc chłopak uniósł na pożegnanie kufel z wygrawerowanym herbem i popędziwszy na drugi koniec pokoju, wdrapał się ni stąd ni zowąd na szafę. „W zamku, co się zwie Gradesco, dalej niż gród Temeszwar…” – wydarł się magister.
– Moglibyśmy znaleźć jakiś cichszy kąt, zanim się zrobi jeszcze większy ścisk? – spytałem cicho Atka. – To nie jest dużo lepsze od „Wham!”.
Atko westchnął niechętnie, jednak przeszliśmy razem do spokojniejszej salki na uboczu, a nosferatupodobny bladawiec podążył za nami jakby mimo woli. Główny program rozgrywał się w większej sali, dzięki czemu tutaj mogliśmy w spokoju usiąść.
– Ty to zawsze z czymś musisz wyskoczyć – burknął Atko.
– Mmm… jakoś mnie te wszystkie korpy odrzucają.
– Ale sam słyszałeś, koleje, koleiny, wszystko wytyczone. Jaki ty masz problem z tym, że w życiu może być trochę więcej możliwości?
– Nie wiem… brzmi jakoś dziwacznie, taka mentalność stadna. Masoneria dla ubogich. A może jest jeszcze jakaś inna droga.
– No to dawaj, spróbuj i zobaczysz, jak ci pójdzie to szukanie innej drogi. Ale staż, żona? Sass, które to już? – zmienił nagle temat Atko, widząc, jak Nosferatu otwiera kolejną butelkę z piwem.
– Nie mam jeszcze planu rocznego, w odróżnieniu, jak widzę, od tutejszego systemu.
– No to idźże do jakiegoś stowarzyszenia, jak ci się w korpie nie podoba! Są też koedukacyjne! Są takie, gdzie się pije w pomieszczeniu, a nie gdzieś za rogiem! Ale ty byłeś tam, no, jak im, w Veljesto!
– To była, yyyy… druga skrajność. Przez pierwsze cztery godziny czytali „Fugę śmierci” jakiegoś rumuńskiego poety. Paru wpadło od tego w trans, aż mnie ciary przechodziły.
– W korporacji mu nie pasuje, piwa i kobiety nie chce, rumuńskiej poezji nie chce – tobie trudno musi być w życiu.
– Mhm, co poradzisz.
– Sass, długo już tu jesteś? – zwrócił się Atko z kolei do Nosferatu.
– Przed godzinką przyszedłem.
– Ja tak myślałem, ty nie chciałbyś wstąpić do EÜS? Sam mówiłeś, że zamierzasz wnieść podanie?
– Nie przyjęli.
– Już trzeci raz?
– No, nie wiem, o co chodzi. Ale pewnie konkurencja zabójcza.
– A na co ci się tam zapisywać? Przecież piwo możesz równie dobrze pić tutaj? – spytałem lekko zdezorientowany.
– No bo EÜS to jak by nie było EÜS, sława sław. Wszystkie szychy są w EÜS-ie, no i, wiesz, flaga… a też się chciałem dopytać o praktyki w MSZ-ecie – odparł z pewną dozą smutku Sass i znowu pociągnął z butelki.
– Sass, serio, które to już dzisiaj? – ponowił pytanie Atko.
– Trzecie chyba. Wszystko gra.
– Co się w niańkę bawisz? – zapytałem Atka na stronie.
– To nie przelewki – odszepnął mi na ucho. – Sam widzisz, że Sass to trochę albinos. Brakuje mu chyba jakiegoś genu i mało trzeba, żeby się spił jak bela.
– Chyba nie po trzech piwach? – nie dowierzałem.
– Stary, ty nie widziałeś tego, co ja – wywrócił oczami Atko.
Parę godzin później wiadomo już było, że Atko nie zmyślał; ciało Nosferatu poruszało się w sposób przypominający nie najzgrabniejszego żurawia. Atko z reguły troszczył się o swoich i teraz też oceniwszy, że spadek swobodny zbliża się wielkimi krokami, zdecydował, że Sassa trzeba przetransportować do domu, skądinąd niedaleko od naszego mieszkania.
– Bierzemy taksówkę, odwozimy Sassa i wracamy do miasta. Albo… zaczekajcie na mnie przy drzwiach – zarządził Atko. Staliśmy więc z założonymi rękami, póki Atko nie powrócił z siatą pełną podprowadzonego piwa.
– Długo tak dasz radę, zanim cię nie wezmą siłą na członka?
– Pff, oni to wszystko mają gdzieś – lekceważąco machnął ręką Atko.
W okolicy postoju taksówek pod ratuszem nie było akurat nikogo, swoje musieliśmy odczekać. Nosferatu, z trzema i połową butelki piwa w krwiobiegu, ledwie trzymał pion, ręką obejmował słup latarni.
– Chodźmy do gazyyyna! – bełkotał Nosferatu, pokazując palcem w stronę piwnicy.
– Nie idziemy, Sass, ty teraz idziesz lulu – objaśnił go spokojnie Atko, zapalając papierosa.
– Chodźmy do gazyyynna! – nalegał coraz głośniej Nosferatu.
– Uspokój się. Portfel masz za ciężki? Słuchaj, u was w Pärnu wszyscy tacy trzepnięci? – spytałem Atka, jednocześnie ratując Sassa przed osunięciem się w zaspę obok.
– Nie wiem… on jest zza rzeki, od Räämy.
– Bierrrdolone bederaszty z Hanzabanku! W Hanza… w Hanzabanku są bederaszty jak choleeera! – Sass znowu zwiększył obroty.
– Aaa, no nie wiem, kilku to może, ale ciebie co to wzrusza.
– Ty nie rożuuuież… byem tam… na rożmoie o praktygach, pra-pragdykach i mi poiedzieli… poedżeli, że nie pasuję do iiiich zezbouu… sie bytali, czy wychodzę gdzieś wwwiedżorę! Bedaały biiierdoone, niech se sami łażą do zwoich Dekoltee…
– Mhm. Mhm. No kiedyś spróbujesz jeszcze raz. Mamy mnóstwo innych spoko banków.
Na szczęście nadjechała taksówka, z ogromnym plafonem 343 333 na dachu. Nosferatu wepchnęliśmy na siedzenie za kierowcą, Atko usiadł obok, a ja przy kierowcy.
– Jak się zrzyga, doliczam 25 – zagroził kierowca, sceptycznym wzrokiem mierząc wymiętego wyrostka. Atko kiwnął głową przepraszająco; na szczęście znał adres Sassa, więc odjechaliśmy bez większych ceregieli.
– Sass, daj no klucze, pomogę ci wejść – zakomenderował Atko.
– Czeeaj… klucze… – Nosferatu pogrzebał w przepastnych kieszeniach. – Niima kluczy, niima!
– Ty mi tu kurwa nawet nie zaczynaj. Sprawdź jeszcze raz, na spokojnie – cała ta eskapada wyraźnie już męczyła Atka.
Staliśmy przed domem Sassa, ale klucze faktycznie się nie odnalazły.
– Nikogo w domu nie ma? – zapytał Atko, z góry znając odpowiedź.
– Niima! – zakwilił Nosferatu.
– Nie mogę tu zostawić tego klienta, gotów zamarznąć gdzieś pod śniegiem. Wiesz co, zabierzemy go do was, jutro się poprosi o klucze właścicieli.
– Czemu akurat do mnie? Ja go dzisiaj spotkałem pierwszy raz w życiu! – zaoponowałem. Nie przypadło mi do gustu niańczenie naprutego albinosa.
– Do ciebie mamy tylko dwie ulice, położymy go do łózia, on się do jutra wyśpi, a my polecimy dalej z programem.
Zapierałem się rękami i nogami, ale musiałem w końcu przyznać, że Atko ma zasadniczo rację.
– Tam jest teraz ciemno jak w dupie u Murzyna, może się przestraszy i wytrzeźwieje.
Taksówka zawiozła nas na miejsce, kierowca wziął 15 koron i w zamian podał jakiś papierek.
– Jak będziecie szukali towarzystwa na wieczór, to może was zainteresuje! – uśmiechnął się pod wąsem, wręczając nam wizytówkę burdelu.
– Nie trzeba, dziękujemy bardzo.
– Daj no tu! – ożywił się Sass i wyjął z dłoni kierowcy jeden bilecik.
Taksówka furknęła na odchodne wielką zimową chmurą dymu, przed budynkiem nie było żywej duszy, tylko poświata ekranów telewizyjnych zdradzała, że ludzie siedzą gdzieś za stołami, pałaszując galaretę. W tych mieszkaniach, gdzie mają prąd!
Wciągnęliśmy Sassa na górę i bez zdejmowania butów wepchnęliśmy go do łóżka w pustym pokoju mojego współlokatora. Zapaliłem w kuchni i w przedpokoju po świeczce, po czym poszliśmy usiąść w kuchni. Atko stwierdził, że przed powrotem do miasta moglibyśmy wypić przytargane piwo. Wyjąłem budzik z radiem na baterie, w którym leciały przeboje z sylwestrowej listy. Szybko opróżniliśmy butelki, Atko nadal obstawał przy swoim planie wyjścia.
Z pokoju obok dobiegały jakieś głosy, chyba Sass się obudził.
– Idź tam zobacz, czego mu trzeba. Może na wszelki wypadek przewróć na bok – doradził Atko.
Zamiast wyciągniętego na łóżku, zastałem Sassa zwieszonego na telefonie w przedpokoju.
– Tak… trzecie piętro – poinformował kogoś Sass i odłożył słuchawkę.
– Z powrotem wśród żywych? Gdzieżeś ty dzwonił w środku nocy?
– Ehe… hee… mm… do mamy dzwoniłem, z życzeniami… sz-szczęśliwego nowego roku! – wyjaśnił Sass, nabzdryngolony tak samo jak przedtem.
– A po co jej było wiedzieć piętro?
– Nuuu… uuu… dla telegramu – wykręcił się Sass, robiąc przy tym chytrą minę i podając mi portfel. – Poooiedz, ile mam piniędzy!
– A po co ci to teraz?
– No aaale ile?
– Noo dobra… 25… 50… 100… słuchaj, tego będzie… 150… ty tu masz całe 400 koron, bogaczu ty. A teraz ładnie odłóż, do kieszeni i na zamek.
– Aha! – pokazał kciuk do góry Sass i usiadł po omacku na skraju łóżka z dziwnym grymasem na twarzy, w blasku świecy z korytarza wyglądało to tak jakoś wyjątkowo upiornie.
Wróciłem do kuchni i zdałem relację z zajścia Atkowi, który tylko wzruszył ramionami.
– On jeszcze za szkoły był taki, dwa piwa i światła gasną!
Było już koło jedenastej, kiedy usłyszeliśmy donośne pukanie do drzwi.
– No i czego jeszcze? Zostało już tylko zakręcić wodę i odciąć telefon – burczałem po drodze do drzwi, przekonany, że to jakiś sąsiad zirytował się, słysząc jazgot Sassa na klatce.
Przed drzwiami stała przedstawicielka płci żeńskiej w spódnicy w lamparcie cętki, czarnej skórzanej kurtce i bliżej nieokreślonym wieku, a za nią ubrany w identyczną czarną kurtkę, ale zauważalnie wyższy dziad z wąsami. Gdyby sytuacja nie była do tego stopnia niecodzienna, zastanawiałbym się w tej chwili, czy kurtki kupili przy jednym i tym samym straganie.
– Po dziewczynę dzwonili? – zapytał, czy raczej stwierdził wąsacz cienkim, nosowym głosem, we względnie czystej estońszczyźnie.
– Nie, NIE dzwonili… chwila moment, SASS, KURWA TWOJA MAĆ!
– Ja, ja… ja-a-a dzwoniłem! – oznajmił z jakąś perwersyjną satysfakcją Sass, który właśnie pojawił się w drzwiach.
– Na kilku nie wolno! – zastrzegł wąsacz; leopardzica w wieku nieznanym żuła gumę, śledząc rozwój wydarzeń.
– Nie ma żadnego na kilku, on się urżnął i zadzwonił przypadkiem – usiłowałem wybrnąć.
– JAA ZAMMMAWIAAAAAŁEM – przechwalał się Sass.
– Jak zamawiał, wtedy zamawiał. Pieniądze dla mnie i czekam na dole. Wy siedzicie w drugim pokoju i jeśli ktoś dotknie się, będzie duży problem, zrozumieli! – nachylił się w moją stronę wąsacz.
– Że jak niby, on jest zalany w trupa!
– Odpuść, nie masz co się tu produkować – nie mógł powstrzymać śmiechu Atko. Wąsacz wypchnął nas do kuchni i rozkazał usiąść.
– Tu u was jest… no, romantyka – skonstatował na widok świec, jeszcze raz obiecał mieć z nami do czynienia, jeżeli znowu będziemy przeszkadzać, i wyszedł.
Atko, krztusząc się od śmiechu, podał mi kolejne piwo.
– Że co niby, kurwy mi do domu sprasza, cholera jedna!
Panienka w panterkę wylądowała z Sassem w sąsiednim pokoju. Słyszeliśmy ich rozmowę.
– Jak masz na imię? – zapytał Sass względnie trzeźwo.
– Oksana.
– Oksana, czy ty szwię… czy ty lubisz Święta?
– Mhm. Lubię.
– A jak są po rosyjszku szwi… Święta?
– Рождество – odpowiedziała cierpliwie Oksana.
– Рож… дест… во… – powtórzył z wysiłkiem Sass – a jak są zapusty?
– Zapusty… zapusty?
– No, w lutym… jeżdżą na sa-sankach i jedżą rzeczy.
– Aa, масленица! Czy to twój pierwszy raz?
– Że jak, maszle… maśle…
– Масленица… jak masło.
– Ma… mas…
Zapadła cisza. Atko nie mógł już dłużej powstrzymać się od śmiechu, a mnie zamurowało.
– Noo, przeszli do rzeczy! – stwierdził Atko.
Ale wtedy usłyszeliśmy kroki i Lamparcia Spódniczka stanęła w drzwiach kuchni.
– Wasz kolega zasnął.
– Aha. No kto by pomyślał.
– Ja teraz pójdę.
– Eee… aha. To szczęśliwego nowego roku!
– Szczęśliwego nowego roku – lamparcica uśmiechnęła się lekko i tyle ją widzieliśmy. Nosferatu chrapał, pierwsza świeca prawie się już wypaliła. Do nowego roku zostało piętnaście minut.
– Nie ma już co iść na miasto, taksówki nie złapiemy, a z buta na starówkę nie zdążymy – powiedział Atko.
– To co, na nowy rok słuchamy tranzystora w kuchni, czy jak? – zapytałem, już mi się to wszystko ulewało.
– Ale, ale, wy macie widoczek na rzekę i na Annelinn… chodź, sprawdzimy – zaproponował Atko, wypadając na klatkę. Weszliśmy na górę po schodach. Przed trójskrzydłowym wejściem korytarza na czwartym piętrze stała drabina na dach.
– Otwarte – Atko uniósł właz. – Bierz dwie butelki i wchodzimy.
Wspiąłem się na górę. Smołowany dach w połowie zawiało śniegiem, ale widok był niezgorszy. Z jednej strony mieliśmy jak na dłoni centrum, z drugiej Annelinn, a to właśnie z tych dwóch kierunków miało lecieć najwięcej rakiet.
– Często łazisz po dachach? – zagadnąłem Atka.
– Nie… aaa wiesz, zdarzyło się. Trochę to nawet trwało.
– W jakim sensie?
– No, ty wiesz, że jestem na płatnej miejscówie?
– A jesteś? No i?
– Bo to naprawdę drogie gówno jest, moi starsi nie mają tyle forsy, co Sass.
– No, nawet ci mają drogo, co nie są na płatnych.
– Taa, ale moi nie mają serca mi tego wypominać. Jak się okazało, że z konkursu nie wejdę, to się czułem tak parszywie, że poszedłem na dach naszego domu, pi razy drzwi jak ten tu, i przesiedziałem tam z pół nocy. I ja naprawdę wtedy myślałem, że klapa, przepadło, listonoszem nie będę, że po co mi to wszystko.
– Ty poważnie?
– Poważnie. Pół nocy na dachu, a potem wróciłem do domu. Nic nie powiedzieli, ale czułem, że wiedzą. W każdym razie na drugi dzień obiecali, że skądś te pieniądze wytrzasną, i jakoś to poszło. Ale było-minęło, teraz to ja na to mogę, o… – urwał Atko, zerwał się z miejsca, stanął nad okapem i spuścił rozporek.
– Jeśli łaska, nie lej na transformator, bo się łuk elektryczny zrobi – poprosiłem, zmęczony od nadmiaru wrażeń.
– Juhuu, Tartu!!! – zawył Atko.
Wyjrzałem znad krawędzi. Od Przyjacielskiej (Sõbra – przyp. red.) nadszedł sąsiad ze swoim czarnym psem, który rzucił się do obwąchiwania znaczonego śniegu.
– Wilczur, nie wolno! – krzyknął staruszek i, obrzuciwszy wzrokiem gzyms, pokręcił głową, ale nic nie powiedział.
Niedługo potem z wszystkich stron zaczęły strzelać rakiety. Nowy rok. Przez jakiś czas oglądaliśmy fajerwerki na tle nocnego nieba nad miastem, w końcu zleźliśmy.
– Dla mnie na dzisiaj starczy, wracam do akademki. Było… mmm… pamiętnie.
– Okej, jak dam radę, wpadnę jutro. Też spróbuję zasnąć, jeśli ten twój gieroj nie chrapie za mocno – Atko zmył się po schodach, a ja pchnąłem drzwi do mieszkania. Nie ustąpiły. Zamek się zatrzasnął, a klucz został w środku. Parę razy walnąłem w drzwi to ręką, to nogą, ale jasne było, że Nosferatu nie obudzi dzisiaj nic, pozostaje chyba tylko drzwi wyważyć.
Opcja A: sterczeć tu do rana; opcja B: dyrdać za Atkiem do akademika.
Nie miałem siły iść, zostaje A. Na szczęście miałem kurtkę, którą mogłem się przykryć zamiast koca. Przypomniało mi się, że właśnie końca dobiegł czwartek. Poczłapałem do skrytek pocztowych, wyjąłem ze skrzynki „Ekspress” i umościłem go sobie jako-tako pod głową na półpiętrze. Było dość twardo, jednak zanim odpłynąłem, zdążyłem jeszcze pomyśleć, że we wtorek albo w środę miałbym o wiele gorzej – bo co gazeta, z wszystkimi tymi durnymi dodatkami, to ciągle więcej niż nic.
Nad ranem obudziło mnie skamlenie. Był to Wilczur, którego pan zabrał na poranny obchód. Staruszek przypatrzył mi się z lekkim znużeniem, wreszcie powiedział spokojnie:
– Pozwolę sobie zauważyć, że jest pan u nas w mieście raczej jako gość.
I zszedł po schodach.
Skoczyłem na równe nogi i zacząłem się dobijać do drzwi, dopóki Sass nie przyszedł i nie otworzył. Wywaliłem go z mieszkania i rozsiadłem się z kanapką za stołem w kuchni. Na zewnątrz panowała rześka zimowa pogoda, od Annelinna widać było niesamowicie wyraźną podwójną tęczę, której jeden koniec sięgał najtańszych zabudowań w okolicy Międzydworskiej (Mõisavahe – przyp. red.), a drugi sięgał Ratuszowej (Raatuse – przyp. red.).
W poniedziałek zajdę do Eesti Energia. Ciekawe, czy do zdjęcia plomby i włączenia prądu wysyłają tego, co wyłączał…?
Pierwszy stycznia. Damy radę.
Opowiadanie „Niebo nad Tartu” („Taevas Tartu kohal”) Tauno Vahtera pierwotnie ukazało się w magazynie literackim Looming (1/2020). Przekład z języka estońskiego Przemysław Podleśny. Przedruk za zgodą autora.
Przypisy:
[1] Gdy mowa o korporacjach studenckich, estońskie słowo „korporatsioon” zapisuje się zwykle skrótowo: „Korp!”. W korporacjach polskich używa się skrótu „K!”.
[2] Zgodnie z otrzymanymi od autora objaśnieniami: w Estonii korporant źle noszący swoją bandę (szarfę) musi postawić piwo temu, kto mu fakt ów wytknie przez wskazanie palcem.
[3] Od ENÜS (Eesti Naisüliõpilaste Selts) – Stowarzyszenia Studentek Estońskich.
[4] Tj. członkinię korporacji Amicitia.









