Home / Polityka / Polska-Estonia / Pokoleniowa układanka, czyli o Polakach w Estonii
Zespół Lajkonik. Fot. Polonia.ee

Pokoleniowa układanka, czyli o Polakach w Estonii

Wywiad z prezesem Związku Polaków w Estonii “Polonia” – Haliną Krystyną Kislacz (H) i wiceprezesem Związku Polaków w Estonii “Polonia” – Mariuszem Gubałą (M) na temat sytuacji mniejszości polskiej w Estonii, perspektyw rozwoju Związku oraz kultywowania rodzimych tradycji.

Przeczytaj także:  Polonia estońska i nauczanie języka polskiego

Estonia – to państwo dość niepozorne, przynajmniej w rozumowaniu przeciętnego Polaka. Skąd wzięła się więc na tych terenach mniejszość polska?

H: Na niepozorny kraj, to Estonia wygląda może teraz, kiedy przyćmiona została przez europejskie mocarstwa. A historycznie rzecz ujmując, to w czasach renesansu funkcjonował tu ważny ośrodek naukowy – Uniwersytet Tartuski (niegdyś Dorpacki), w którym kształciły się ówczesne elity, w tym mnóstwo Polaków, a który nota bene nie zaistniałby bez inicjatywy Stefana Batorego. Obecność Polaków w Estonii sięga czasów XVI wieku, kiedy to południowe tereny współczesnej Estonii należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Decyzją polskiego króla utworzono w Tartu ośrodek jezuicki, przekształcony później w kolegium, a za czasów panowania Gustawa II Adolfa – w uniwersytet. Uniwersytet Tartuski wykształcił wiele wybitnych osobistości (np. Tytusa Chałubińskiego, Bolesława Limanowskiego) i to wokół tej uczelni organizowały się pierwsze młodzieżowe ugrupowania polonijne, krzewiące polską kulturę i tradycje – np. „Polonia” („Ogół”), „Towarzystwo Studentów Polskich”, „Koło Młodzieży Polskiej”. W XX wieku odnotowano też dwie większe fale napływu ludności polskiej na te tereny – po I i II Wojnie Światowej, kiedy Polacy przyjeżdżali do Estonii w celach zarobkowych, głównie jako robotnicy sezonowi w sektorze rolniczym, przemyśle stoczniowym i górnictwie. Należy zaznaczyć też, że osoby, które dziś deklarują polski rodowód, to najczęściej potomkowie Polaków z XIX i początku XX wieku. Pozostali to przesiedleńcy i ludność napływowa z dawnych republik ZSRR. Polaków przybyłych do Estonii już po 1991 jest doprawdy niewielu.

W takim razie, jak liczna jest obecnie Polonia w Estonii?

H: Szacuje się, że Polaków w Estonii jest ponad 5000, z czego 320 to osoby oficjalnie zarejestrowane w Związku Polaków. W samym Tallinie zaś mieszka ich ok. 2000.

Czego ludzie szukają w tym kraju? Jakie są najczęstsze powody wyboru Estonii na miejsce swojej emigracji?

M: Polacy przyjeżdżają tu głównie w celach zarobkowych. Teraz co prawda fala imigracyjna ustała i bardzo dużo młodzieży wyjeżdża w celach zarobkowych jeszcze dalej. Estonia staje się tzw. krajem tranzytowym, do dalszego wyjazdu na Północ, do krajów skandynawskich. Poza tym, coraz więcej wycieczek przyjeżdża z Polski do Estonii. Upada powoli przykre stereotypowe wyobrażenie na temat tej byłej republiki radzieckiej – to nie jest łyse pole zrównane z ziemią. Turyści potrafią zachwycić się naszą kulturą, folklorem, architekturą i chyba prawdą jest, że dość już mają Wysp Kanaryjskich, Francji czy Egiptu…

Znaleźli się i tacy, którzy zarzucili tu kotwicę. Czy Polacy przyjeżdżają do Estonii od razu z założeniem pozostania w tym kraju na stałe?

M: Nie sądzę, by ludzie przyjeżdżali tu z zamiarem osiedlenia się na stałe. W latach 70-tych ubiegłego wieku, w okresie boomu budowlanego, przyjeżdżali na określony czas, mieli podpisany kontrakt, a później. Cóż, pożenili się, założyli rodziny, znaleźli stałą pracę – wszystko weryfikuje życie. Myślą, że wrócą do kraju, a później wszystko wychodzi w praniu. A jaka ich teraz duma rozpiera, kiedy mogą przechadzać się swobodnie po Tallinie i mówić o starówce czy tutejszych obiektach olimpijskich: to ja remontowałem!

H: Kto by nie narzekał na ZSRR, to jednak w czasach radzieckich Polacy mieli tu bardzo dobrze – wspaniałe samochody i mieszkania (jak na te czasy), Budomex – gwarant stałej pracy, nawet sklep polski był! Wszystko zmieniło się w 1991 – kontrakty się pokończyły, ESRR przestała istnieć i w Estonii nastał poważny kryzys ekonomiczny, wtedy też sporo Polaków wyjechało. Wrócili do Polski.

Ale nie wszyscy przecież wyjechali, same statystyki to potwierdzają. Co ich tu trzyma, że nie chcą wracać do kraju?

M: Ja sam przyjechałem tu za pracą – miałem być tylko pół roku i gdyby nie pani Halina i nasza „Polonia”… Dobrze się tu czuję, jest rodzinnie. Teraz jak jedziesz z wizytą do kraju ojczystego to trochę jakbyś tu dzieci swoje zostawiała. Po co wracać do Polski? Znamy takie przypadki, kiedy ludzie wracali do kraju i nie mogli się odnaleźć. Człowiek tu pracuje, nienajgorzej zarabia, choć teraz każdemu dostało się po kieszeni odkąd wprowadzono euro. A do Polski nie pojedzie, bo tam nie ma pracy. Gdyby dano nam jakiś impuls ekonomiczny – pilnie poszukuje się np. murarzy, tłumaczów – to my byśmy do Polski wrócili. A tak – jedziesz tam do rodziny – miło Cię widzieć, fajnie, że przyjechałeś, kiedy wyjeżdżasz… Za coś trzeba takiego gościa wyżywić i przenocować, a nie raz w ciągu tygodnia nie ma czego do garnka włożyć.

Estonia jest według Was taką „Ziemią Obiecaną”, krainą mlekiem i miodem płynącą? Na co człowiek liczy, kiedy tu przyjeżdża i czy to dostaje? Nie wierzę, że nie macie tu żadnych problemów.

M: Estonia jest dobrym wyborem pod tym względem, że nie jest tak odległa zarówno geograficznie jak i kulturowo. Polak przez morze nie pojedzie, a tu jest bliżej! Na Zachodzie człowiek czuje się bardziej wyobcowany. A tu, mimo, że Estończykom bliżej jest do Skandynawów pod wieloma względami, nadal odczuwa się duży wpływ kultury słowiańskiej.

H: Problemy – oczywiście, że są, jak wszędzie! Przede wszystkim finansowe – zdarza się, że Polak przyjeżdża tu i startuje od zera – mieszkania nie ma, rodziny tym bardziej, nie może znaleźć pracy. W skrócie: nie ma za co żyć, nie ma za co wrócić do domu i nie ma do czego wrócić. Wielu naszych rodaków długo pracowało tu „na czarno” i tak się czasem kończyło, że nie dostawali wypłaty. Jeszcze 3 lata temu, mieliśmy takie mafijne porachunki, z Gruzinami na przykład.

M: Nie lepiej wyglądają problemy majątkowe. Pani Halina na przykład – nie jej wina, że Estończycy „skrzywili” polskie nazwisko i każdemu trzeba teraz tłumaczyć, że Kilsacz to jest Kislacz a nie Kislatz.

I z takimi problemami Polacy zgłaszają się do Związku Polaków? W jaki sposób im pomagacie?

H: Nie tylko z takimi. Czasami okazuje się, że „Polonia” nie jest w stanie zdziałać nic i wtedy pomóc może jedynie konsul lub ambasador. My natomiast zajmujemy się podtrzymywaniem polskich tradycji, języka i kultury polskiej zwłaszcza wśród najmłodszych. Nigdy też nie odmawiamy pomocy przy procedurach związanych z nabywaniem polskiego obywatelstwa.

Czym więc zajmujecie się w ciągu roku, jakie są główne Wasze zadania?

H: Zawsze organizujemy spotkania z okazji świąt państwowych, religijnych czy okolicznościowych. Hucznie obchodzimy święta Bożego Narodzenia, Święto Konstytucji 3-go Maja oraz Dzień Polonii i Polaków (2 maja). „Polonia” aktywnie współpracuje ze Związkiem Mniejszości Narodowych w Estonii (Estonię zamieszkuje ponad 120 różnych nacji). Spotykamy się wspólnie podczas obchodów estońskich świąt narodowych, na wystawach, koncertach, seminariach. Corocznie bierzemy udział w Forum Mniejszości Narodowych, gdzie możemy pochwalić się naszymi osiągnięciami. Na stoisku nigdy nie brakuje tradycyjnych polskich potraw, ludowych wycinanek, haftów. Spory entuzjazm wywołują zawsze występy naszego zespołu ludowego – „Lajkonik”, którym od 2007 roku kieruje Mariusz (Gubała – red.).

M: Warto nadmienić również, że dbamy o tzw. „polskie miejsca” w Estonii – tablice pamiątkowe (np. tablica w hołdzie Stefanowi Batoremu na Uniwersytecie w Tartu), pomniki (np. na wzgórzu zamkowym w Rakvere, czy ostatnio też ławeczka Chopina w Tallinie). 1-go listopada bierzemy dział w zbiorowym porządkowaniu polskich grobów. Poza tym pomagamy biednym, chorym i samotnym – przeprowadzamy akcje charytatywne.

H: Bardzo ważna jest nasza młodzież, która co roku bierze udział w konkursie recytatorskim „Kresy”. Udało się nam stworzyć też polonijną drużynę piłki nożnej, która bierze udział w rozgrywkach i turniejach mniejszości narodowych.

Dzień Polonii to chyba jedno z najważniejszych świąt w ciągu roku. Jak wyglądają jego obchody?

H: Przede wszystkim zapraszamy do Tallina Polaków z całej Estonii. Wymyślamy konkursy, pokazy filmów, wystawy rękodzieła czy sesje fotograficzne, a także koncerty i spektakle; obowiązkowo odbywa się występ polskich dzieci. Zapraszamy przedstawicieli innych związków mniejszości, bo chcemy pokazać szerszej publice nasze zwyczaje. Chętnie goszczą u nas Ukraińcy, Estończycy, Żydzi, Czuwasze. Nasza Polonia cieszy się tu dużym szacunkiem.

M: Ostatnio też sukcesywnie podnosi się ranga „Polonii” – dzięki Pani Halinie mamy od zeszłego roku swój głos w Parlamencie Mniejszości Narodowych w Estonii. Polonia stała się widoczna również dzięki współpracy z ambasadą.

A jak kształtowała się przez lata ta współpraca z naszą placówką dyplomatyczną w Tallinie?

H: Różnie to bywało, bo i sam ZPE przechodził swoje wzloty i upadki. „Polonia”, mówiąc nieskromnie, chyba nigdy była tak widoczna jak teraz. Wiadomo, najtrudniejsze są zawsze początki i gdyby nie inicjatywa p. Janusza Łapiana, dzięki któremu powstało Towarzystwo Kultury Polskiej, to obecny ZPE nie miałby racji bytu. A tak, już od 1989 roku „Polonia” posiada swój statut, flagę, symbol i pieczątkę, jak na każdą porządną organizację przystało. Główna siedziba znajduje się w Tallinie, zaś swoje oddziały posiadamy jeszcze w: Tartu, Narwie, Algie, Pärnu i Kotla-Järve. Polacy są rozproszeni, więc współpraca z polską placówką dyplomatyczną w Tallinie bywa utrudniona.

M: Odkąd ja działam w Polonii, to zawsze współpracowaliśmy z ambasadą – zwłaszcza z poprzednim ambasadorem p. Chłoniem i konsulem Starzyńskim. Zawsze mówili: „Pani Halinko, proszę zebrać zarząd i zgłosić się do mnie w sprawie…” takiej to a takiej. I wszystko załatwiane było po przyjacielsku, przy herbatce, przy kawusi. Po kradzieży, jaka miała miejsce jakiś czas temu w siedzibie Polonii (a trzeba zaznaczyć, że jesteśmy jedną z nielicznych reprezentacji mniejszości, która posiada swoją własną siedzibę), nie było tu dosłownie niczego. Ambasada automatycznie odpowiedziała na naszą prośbę o pomoc i jasno określiła: będziemy to robić razem, to będzie wspólne! Zainwestowano trochę pieniędzy i dzięki temu dalej funkcjonujemy w swoim pierwotnym miejscu.

H: To prawda, p. Piotr Starzyński, poprzedni konsul RP w Tallinie, doskonale rozumiał i dzielił niejako nasze problemy. Całym sercem wspierał wszelkie inicjatywy polonijne – wspomagał rozwój „Polskich Kółek Młodzieżowych”, organizował pokazy filmów polskich. Nie raz wspólnie piekliśmy i ozdabialiśmy pierniki na Gwiazdkę, bawiliśmy się na imprezie karnawałowej, robiliśmy pisanki na Wielkanoc.

M: Ale poza personelem dyplomatycznym ambasady RP w Tallinnie, to nie ma tu drugiej osoby tak zaangażowanej w sprawy Polaków i z takimi znajomościami, jak pani Halina, która działa w „Polonii” od 1989, a prezesem Związku jest od 2005. Można powiedzieć, że pani Halina wychowywała pokolenia.

H: A co miałam innego zrobić? Raz już się za to wzięłam, to doprowadzę to wszystko do końca, bo jestem Polką z krwi i kości! I choć nie jest to w żadnym wypadku dochodowa inwestycja, wręcz przeciwnie – niejednokrotnie trzeba do tego interesu dokładać z własnej kieszeni, to jestem tym stale zainteresowana, bo to moje! Bo to nasze!

Pogratulować sił i zapału, choć podejrzewam, że jeden człowiek sam wszystkiego na swoich barkach nie udźwignie.

H: I ja dlatego szukam sobie dobrych pomocników! Bo mnie potrzeba ludzi, którzy mówią po polsku, czytają i piszą po polsku! Niech lepiej Mariusz sam opowie jak go znalazłam.

M: Tak, historia jest dość zabawna. Otóż, przyjechałem tutaj w sierpniu do pracy. Wiedziałem, że jest gdzieś w Tallinie kościół polski, ale zanim go znalazłem, zanim się ogarnąłem ze wszystkim, to już się zbliżały święta Wielkanocne. I tak w Wielką Sobotę poszliśmy „poświęcić jajca”. A my – robotnicy, na budowie pracujemy – koszyka nie mieliśmy. Wzięliśmy więc wiadro po farbie, wyczyściliśmy i poszliśmy ze święconką. Na następny dzień też przyleciałem, wszedłem do tego kościoła i nie wiadomo, z jakiego powodu – czy żeby być bliżej ołtarza czy bliżej Boga, usiadłem w drugiej ławce zaraz za panią Haliną. I tak śpiewam sobie pełnym głosem. Patrzę, a tu jakaś przystojna kobieta, co chwila się do mnie obraca – myślę sobie: ani chybi mam branie. Podeszła do mnie później po mszy i zaczyna mnie chwalić, że taki mam ładny głos, mówi – może bym w chórze pośpiewał i że w ogóle, to zaprasza do kawiarni… No ładnie, kobieta zaprasza mnie do kawiarni, a ja ostatnie 5 koron na tacę wrzuciłem… Jak mnie kobieta zaprasza na kawę to przecież nie będzie za mnie płacić!

H: Dodam, że wtedy jeszcze nie wiedział, do jakiej kawiarni.

M: Wykręciłem się tym razem i nie poszedłem. Ale za tydzień znowu mnie zaprasza. Poszedłem i wtedy też dowiedziałem się, na czym polega praca kawiarni… Pani Halina usilnie chciała mnie wciągnąć do „Polonii”. Wiadomo – niedawno przyjechałem, jeszcze nie zdążyłem przesiąknąć rutyną, mówię czystą polszczyzną, jestem młody. Ale myślę sobie: najpierw, to trzeba coś dla „Polonii” zrobić, by dostąpić zaszczytu członkostwa. No więc zacząłem działać z „ludowizną” – zespołem ludowym „Lajkonik” i dopiero po roku pracy artystycznej znalazłem się oficjalnie w strukturach tej naszej społeczności.

O co dokładniej chodzi z tą kawiarnią? Uchylcie rąbka tajemnicy, a nie wymieniacie między sobą porozumiewawcze spojrzenia…

M: Powiedzieliśmy już, że w Tallinnie znajduje się tzw. kościół polski. Jest to de facto kościół katolicki, w którym odbywają się msze w różnych językach, w tym w języku polskim. Ale dawniej, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, kościół ten skupiał głównie Polską emigrację. I tak jest też do tej pory. „Polonia” zajmuje się oprawą mszy świętej, zorganizowała chór, a po mszy zaprasza wszystkich do tzw. kawiarni – miejsca, które zagospodarowaliśmy, urządziliśmy i dostosowaliśmy do swoich potrzeb. Jest to przestronna sala, w której wszyscy się mieszczą, podajemy ciasto, kawę i herbatę, a przede wszystkim, można tam porozmawiać po polsku. Kościół w ten sposób nas integruje. Nie ma bowiem w Tallinnie szkoły polskiej, to jedyne takie miejsce, gdzie Polacy mogą spotkać się w tak dużej liczbie, popatrzeć na siebie i podyskutować.

H: Ha, gdyby wszyscy rozmawiali po polsku, to byłby układ idealny! Niestety, większość ludzi starszych rozmawia już tylko po rosyjsku. Oni po polsku wszystko rozumieją, ale sami nic nie powiedzą. I tak się dyskutuje: jedno słowo po polsku, pięć po rosyjsku. Jak się nie używa języka, to niestety się go zapomina. Oni żyją na tej ziemi od lat i pamiętają czasy, kiedy ludzie bali się mówić po polsku i mówić o swoich polskich korzeniach. Dopiero, gdy rozpadł się ZSRR ludzie po cichutku zaczęli deklarować swoje pochodzenie. Takie spotkania w kawiarni to dla niektórych jedyna okazja do obcowania z językiem polskim.

A młodzi, czy mają możliwość otrzymywania jakiejkolwiek edukacji w języku polskim? Czy mogą tu kształcić się w duchu polskiej kultury i tradycji?

H: Oczywiście, że mogą. W siedzibie Związku znajduje się niewielka biblioteka, gdzie w weekendy odbywają się lekcje języka polskiego – tzw. szkółka niedzielna. Dzieciaki otrzymują stypendia, w ramach akcji letniej wysyłamy je do Polski na kolonie i obozy językowe; zwiedziły tym samym: Gdańsk, Toruń, Białystok, Poznań czy Kraków. Na jeden taki obóz odprawiliśmy nawet wnuczki naszego byłego prezydenta – Arnolda Rüütel’a, bo jego żona – Ingrid miała polskie pochodzenie. Ale prawda jest taka, że żadne kolonie czy lekcje języka polskiego nie zastąpią wychowania w duchu polskości, to się wszystko wynosi z domu rodzinnego.

M: Mnie osobiście najbardziej boli to, że w naszej „Polonii” jest sporo ludzi w wieku pani Halinki, a nie ma ludzi w moim wieku – 30- i 40-latków. Jest jakaś przepaść. Póki dzieciaki siedzą na garnuszku rodziców, to na spotkania Polonii przychodzą, ale jak tylko dorosną – wyfruwają. To już nie są Polacy, tylko Estończycy, bo tu się urodzili, wychowali, bo chodzili do estońskich szkół. Niekiedy dochodzi i do takich sytuacji, że dzieci wracają po lekcjach do domu i zaczynają mówić między sobą po estońsku, a rodzice ich nie rozumieją, bo potrafią mówić tylko po polsku albo po rosyjsku. Jak ja to zwykłem byłem mówić: pogański kraj, pogańskie obyczaje. Wykorzenia się tę polskość, niestety.

H: To wszystko zależy od podejścia rodziców, na ile pracują nad ich wychowaniem. Mamy np. taką koleżankę, która śpiewa w naszym chórze, przepięknie mówi po polsku, ale dzieci swoje wychowała na prawdziwych Estończyków. Ona mówi do nas: „ ja nie chciałam, żeby moje dzieci tak tęskniły za swoim krajem jak ja”.

M: Nierówny jest też poziom językowy naszej młodzieży, bo w różnym stopniu językiem polskim władają ich rodzice, a same lekcje w weekendy, braków nie uzupełnią. Halina zawsze przebiera mnie na Święta za Świętego Mikołaja. Rozdaję upominki i największy mam problem z tym, że najzwyczajniej w świecie nie wiem, jak się do tego dziecka zwrócić – po polsku czy po rosyjsku. I pytam: jak masz na imię – cisza. Inaczej: Как тебя зовут – wtedy odpowie…

Czyli zdarza się, że więcej znajdziesz w takim młodym człowieku z Estończyka czy Rosjanina, niż z prawdziwego Polaka… A jak Polacy żyją w takim otoczeniu kulturowym, jak odnajdują się między Estończykami a Rosjanami, którzy bądź co bądź stanowią najliczniejszą grupę mniejszościową w Estonii?

M: Zasadniczo, Estończycy nie są fanami kultury polskiej, ale podchodzą do nas z szacunkiem. Bliżej im do narodów skandynawskich, są zdystansowani i ciężko do nich dotrzeć. Nie ma w nich takiej zwykłej, życiowej spontaniczności, Estończycy się nie spotykają, jeden drugiego do domu nie zaprosi. Zawsze też lepiej Polak niż Rosjanin, to jest normalne w tej mentalności. Zaś w przypadku naszych „Polonijnych” małżeństw mieszanych bywa tak, że w związkach rosyjsko-polskich zawsze istnieje problem natury wyznaniowej, a w relacjach estońsko-polskich – nie, bo większość Estończyków jest niewierząca. Czyż nie mówiłem: pogański kraj, pogańskie obyczaje?

A czy Polaków na obczyźnie interesują sprawy Polski? Czy biorą udział w wyborach, analizują na bieżąco wydarzenia płynące z kraju, czy ograniczają się raczej do przestrzeni podwórka, na którym żyją?

M: Na głosowanie przychodzą czy przyjeżdżają zawsze, obowiązkowo! Miałem raz taką sytuację, kiedy oprowadzałem polską wycieczkę spoza Tallinna w dzień jakichś wyborów. Patrzę, wysiadają z autokaru już z kartami do głosowania, idą pierwsi do wyborów! Polacy rzeczywiście szukają tego kontaktu z Polską, interesują się sprawami Ojczyzny. Ale mimo to, muszą dzielić się w tym wszystkim na dwoje i być na bieżąco również z tym, co ich na co dzień otacza, stąd wiedza nt. Polski bywa często powierzchowna i ogólna.

Nie da się ukryć, że na wszelkie działania „Polonii” potrzebny jest niemały zapas gotówki. W jaki sposób pozyskujecie środki finansowe i czy odpowiadają one Waszym potrzebom?

H: Prawda jest taka, że rozwój ZPE „Polonia” nie byłby możliwy bez wsparcia Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, bez Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”, bez naszego kościoła katolickiego i pomocy Ambasady RP w Tallinie. To dzięki ich pomocy możliwe są wszelkie imprezy, zakup książek czy sprzętu nagłośnieniowego dla zespołu. Poza tym sami kombinujemy, szukamy sponsorów, rozpisujemy projekty grantowe. Staramy się samodzielnie radzić sobie z drobniejszymi wydatkami – z własnej kieszeni wykładamy pieniądze na szycie strojów ludowych, kostiumów na Jasełka czy drobne poczęstunki.

Podejrzewam, że mimo wszystko te fundusze to i tak tylko kropla w morzu potrzeb. Czy istnieją obecnie jakieś pilne sprawy, na które staracie się zgromadzić odpowiednie środki, co spędza Wam sen z powiek?

M: Jak to pani Halina zazwyczaj ujmuje: „finanse śpiewają romanse”! Pewnie, że chcielibyśmy mieć samochód, by móc odwiedzać chorych. Nie zdajesz sobie sprawy, ilu ludzi starych i samotnych chciałoby, choć raz w tygodniu, pójść do kościoła. A nie mogą, bo są za słabi, a kościół – za daleko. I w takich sytuacjach samochód do przetransportowania ich by się przydał. Najlepiej taki przystosowany dla inwalidów, bo wtedy i z parkingiem nie ma problemu.

H: Potrzeba wyremontować samą siedzibę – u nas jest strasznie zimno i dogrzewamy się takim małym piecykiem. Kraty na okna zrobione, a nie ma komu ich wstawić, bo wszystko kosztuje. Chodzi głównie o drobiazgi – talerze, termosy, kuchenkę – żeby zorganizować choćby najmniejsze spotkanie, trzeba taki sprzęt mieć. Nie są to jakieś wygórowane życzenia i my rozumiemy te niedostatki finansowe, bo zwraca się uwagę na liczniejsze Związki, albo bardziej potrzebujące – np. na Białorusi. Dzięki Bogu za to, co i tak już mamy!

Co uważacie za największe osiągnięcie Waszej organizacji?

M: Że się w ogóle jeszcze trzymamy i że znaleźliśmy wspólny język – ci Polacy napływowi z tymi, którzy mieszkają tu od dawna. Kulturowo to już zupełnie inaczej wygląda, a mimo różnicy pokoleń mamy jeden wspólny Związek i potrafimy się ze sobą dogadać.

To na koniec – co Wam się marzy najbardziej?

H: A czego my nie chcemy! Przede wszystkim tego, żeby nasza Ambasada współpracowała z nami tak aktywnie jak do tej pory. Oraz żeby dalej efektywnie krzewić i podtrzymywać polską tradycję, kulturę, wychowanie.

M: Mnie tu się marzy typowo polski sklep. Związek Białorusinów – ile oni mają sklepów, a Ukraińcy – ile kawiarni pootwierali. Szkoda, że nikt tu z Polski nie chce zainwestować, żeby otworzyć coś typowo polskiego. A poza tym, żeby była kasa, by pojechać do Polski z tymi, którzy boją się, że takiej wycieczki mogą już nie doczekać.

I dokąd konkretnie chcecie się wybrać?

M: Wszystko jedno gdzie – Polska jest Polską.

 

Autor: Rozmowę przeprowadziła Katarzyna Rytko. Wywiad pierwotnie opublikowany w miesięczniku Stosunki Międzynarodowe.

About Katarzyna Rytko